Autor: Alina Białkowska | 2007-01-04
Koniec rynku pracodawcy
Nikt nie wie, ilu Polaków wyjechało szukać pracy za granicą. Statystyki są bezradne wobec zjawisk, które nie wymagają szczegółowej biurokracji, a na tym polega wolny unijny rynek pracy. Jednak skutek nowej fali emigracji dla gospodarki jest jednoznaczny - czas opierania przewagi konkurencyjnej polskich firm na taniej pracy odchodzi w przeszłość.
Od początku przemian gospodarczych w Polsce na każdym spotkaniu z potencjalnymi inwestorami zagranicznymi pojawiał się jeden argument na rzecz Polski: dostęp do taniej i dobrze wykształconej siły roboczej. Argument mocny i często decydujący, bo niezależny - w przeciwieństwie choćby do wielkości rynku - od gospodarczej koniunktury.
Jednak w ostatnich miesiącach sporo się zmieniło. Polacy, i to wcale niekoniecznie młodzi (choć tych jest najwięcej), coraz częściej biorą paszport, kontaktują się ze znajomymi lub krewnymi, którzy już pracują za granicą, wybierają najlepsze dla siebie miejsce, kupują bilet na kursowy autobus i... pozbywają się przymiotnika "tani". Wolą przygodę za lepsze pieniądze za granicą niż zderzenie z obojętnym na ich potrzeby urzędnikiem biura pracy bądź potencjalnym pracodawcą, często wciąż tkwiącym mentalnie w świecie, gdzie o zarobkach decydowała przede wszystkim wysoka stopa bezrobocia.Mit taniej siły roboczej pryska na naszych oczach. Financial Times donosi, że nawet zagraniczni inwestorzy, u których praca była najbardziej pożądana, zaczynają mieć problemy ze znalezieniem ludzi do polskich fabryk.
Jeśli wierzyć szacunkom, z Polski wyjeżdża co minutę w poszukiwaniu pracy od jednej do niemal czterech osób. To największy drenaż od pokoleń, być może największy w historii. Skala nowej emigracji ewidentnie zaskoczyła wielu przedsiębiorców. Pytanie brzmi: czy rynek pracy w Polsce jest nadal zdominowany przez pracodawców, czy też odpływ kadr za granicę zmienił układ sił na tyle, by mówić o rynku pracownika? I co to naprawdę znaczy dla konkurencyjności polskich firm?
Doświadczenie firm HR wyraźnie wskazuje, że w Polsce rynkiem zaczyna rządzić pracownik.
- Wystarczy mieć wykształcenie zawodowe lub średnie, aby natychmiast otrzymać propozycje pracy. Gorzej jest z kobietami bez wykształcenia i ludźmi z wykształceniem podstawowym - mówi Tomasz Szpikowski, prezes Work Service. - Efektem takich zmian jest presja na płace. Największa w bankowości, farmacji i FMCG. Jeśli spojrzeć na regiony, największy wzrost jest w Warszawie, potem na liście są Poznań, Kraków i Wrocław. Płace rosną najwolniej w regionach wschodniej Polski i miastach poniżej 100 tys. mieszkańców - ocenia.
KOMENTARZE (2)
menadżer
13.07.2007 17:36
Abnegat
12.01.2007 10:01
