Autor: Michał Rembas - National Geographic (nr 12/2008) | 2008-12-29
Stocznia Gdańska: gasnący blask chwały
Na bramie nr 2 Stoczni Gdańskiej jak przed 28 laty wiszą świeże kwiaty, flagi, wizerunki papieża i Matki Boskiej Częstochowskiej. Przypominają czas chwały zakładu - historyczny strajk w 1980 r. Na jej tle co chwilę turyści robią sobie pamiątkowe zdjęcia.
A za bramą ponury krajobraz: puste przestrzenie, chaszcze, zrujnowane hale, budynki z powybijanymi szybami, sterty żelastwa i kikuty betonowych konstrukcji. Na horyzoncie potężne, nieruchome najczęściej dźwigi. Słynna sala BHP, gdzie Lech Wałęsa podpisywał porozumienia sierpniowe, jest opuszczona. Te tereny już do stoczni nie należą. Okrojony o połowę zakład rozciąga się dobre kilkaset metrów dalej, na wyspie Ostrów. Tam też pusto i biednie, a nastroje podłe. Los zakładu, który kiedyś trząsł całą Polską, spoczął w rękach Komisji Europejskiej.
Starsi pracownicy firmy dobrze wspominają lata 70., najlepszy czas istniejącej od 1947 r. Stoczni Gdańskiej, która powstała w miejscu dwóch poniemieckich stoczni założonych jeszcze w XIX w. - Za Gierka stoczniowiec to był gość, zarabiało się u nas dwie, trzy średnie krajowe - wspomina 56-letni monter kadłubów Andrzej Stanólewicz. - Jak urodził nam się syn, potem córka, to i tak jeszcze potrafiliśmy z żoną zaoszczędzić. A teraz można wyciągnąć co najwyżej średnią albo półtorej. A są i tacy, co dostaną ledwo 1 500 zł.Za złotych czasów PRL-u w stoczni (od 1967 r. imienia Lenina) pracowało 18 tys. osób, rocznie wodowano przeszło 30 statków. O zbyt nikt się nie martwił, Związek Radziecki kupował polskie statki, jak leci. Stocznia dawała pracownikom mieszkania, opłacała kwatery, miała własną służbę zdrowia, przyzakładową szkołę, żłobki i przedszkola, ośrodki wypoczynkowe, sanatoria, dom kultury.
- Ale to było chore, istny kołchoz - mówi Jerzy Borowczak, jeden z organizatorów strajku w 1980 r., kiedyś monter i kowal, w latach 90. przewodniczący zakładowej "Solidarności". - Nawet ten, co w stoczniowej świniarni zwierzęta karmił, dostał przywileje Karty stoczniowca i premia za wodowanie też mu się należała - wspomina. Władzy zależało na przychylności stoczniowców. Dobrze pamiętano, że to buntowniczy żywioł: w grudniu 1970 r. w proteście przeciw podwyżkom cen żywności robotnicy z "Lenina" strajkowali. W starciach z wojskiem i milicją zginęło wówczas kilkadziesiąt osób.
W sierpniu 1980 r. na stocznię znów zwrócone były oczy całej Polski - do legendarnego strajku przyłączyły się inne zakłady pracy Trójmiasta. Zakończył się podpisaniem porozumień sierpniowych. Powstał pierwszy w bloku wschodnim niezależny ruch społeczny - 10-milionowa "Solidarność".
KOMENTARZE (2)
JoAnna
22.01.2010 14:26
Romano
10.01.2009 20:38

