Sygnity: krajobraz po fuzji
Krzysztof Orłowski, Adam Brzozowski - 2008-08-08
- Chodziło o to, żeby priorytety ludzi pracujących w jednej firmie były te same. Tymczasem każdy ciągnął w swoją stronę albo myślał, że coś zrobi ktoś inny. A ten ktoś tego nie robił. Jeżeli iluś kluczowych menedżerów skupia się na czymś innym niż zarządzanie, to się wpada w kłopoty. Projekty, które normalnie powinny trwać trzy miesiące, zajmują dziewięć miesięcy. Nic dziwnego, że potem nie są rentowne - mówi Sielicki.
Z drugiej strony właściciele Emaksu byli zaskoczeni stanem spraw w ComputerLadzie. - Ocenialiśmy, że kondycja ComputerLandu jest dużo lepsza. Dopiero po fuzji, a właściwie po przejęciu kontroli operacyjnej, zorientowaliśmy się, że stan wielu kontraktów i finansów spółki jest dużo gorszy niż sądziliśmy - mówi Paweł Turno.
Prezes BB Investment, które w efekcie połączenia stało się największym udziałowcem Sygnity, żałuje, że jako BBI nie zapewnili sobie większego wpływu na zarządzanie. - Niespełna rok zmarnowaliśmy na dyskusjach o zakresie potrzebnych zmian, a nasz wpływ na zarządzanie był ograniczony. To był błąd, bo gdyby wcześniej dokonać tych zmian, które się dokonują teraz, to skala problemów byłaby dużo mniejsza.
Kłopoty związane z fuzją odbiły się też na sytuacji innych firm grupy.
- Łącząc się z ComputerLandem, nie zamierzaliśmy tworzyć grupy niezależnych firm, chcieliśmy raczej realizować strategię spółek działających w sposób jednolity - mówi Andrzej Kosturek, prezes Winuela i wiceprezes Sygnity.
W konsekwencji Winuel stał się beneficjentem zjawisk pozytywnych, ale i negatywnych całej powstałej grupy Sygnity. Kosturek podkreśla jednak pozytywy. - Po połączeniu z ComputerLandem zwiększyliśmy potencjał w sektorze energetycznym oraz w przemyśle. Wspólnie oferujemy większą gamę rozwiązań. Jako grupa Sygnity mamy pozycję lidera w polskiej energetyce i przemyśle - mówi prezes Winuela.
Prezes przed wyzwaniem
Gdy zaczęło być źle, opinie właścicieli w sprawach zarządzania zaczęły się różnić. A kiedy prognozy nie były wykonywane i jednocześnie ujawniały się problemy w całym sektorze telekomunikacyjnym, w Sygnity doszło do przesilenia. Wiosną ubiegłego roku walne zgromadzenie wybrało nową radę nadzorczą, a ta zmieniła zarząd. Piotr Kardach został prezesem.
Co zastał? Jak mówi, mimo że był wcześniej w zarządzie, nie wszystkie informacje do niego docierały, w związku z czym parę rzeczy było dla niego przykrym zaskoczeniem. Sytuacja stała się krytyczna. Sygnity w kolejnych kwartałach przynosiła straty. W pierwszym kwartale 2007 r. strata operacyjna wyniosła 21 mln zł, w kolejnym ponad 28 mln zł, a w trzecim prawie 55 mln zł.





Nie dodano jeszcze żadnego komentarza