Autor: Piotr Stefaniak | 2009-05-24
TIRy w ślepej uliczce
W Polsce jest o 30-40 proc. za dużo środków transportu w stosunku do potrzeb przewozowych, a dodatkowo w tej branży narosły wady strukturalne w transporcie samochodowym. Nie korygowano ich w okresie hossy, teraz przyjdzie za to odpokutować.
W środowisku transportowców przez kilka lat krążyło powiedzenie: "firma RiCo wozi za friko".
- Gdy ogłaszano przetarg na większe przewozy, to z czasem przestałem w nich startować, bo RiCo oferował usługi po tak niskich cenach, że był nie do przebicia - mówi szef jednego ze śląskich przedsiębiorstw samochodowych.Rok temu dwa główne banki, finansujące tego niemieckiego przewoźnika, mającego silny oddział w Polkowicach, zgłosiły wniosek o jego upadłość. Podobnie postąpiła wkrótce dyrekcja polskiego oddziału, czyli spółka PRP. Pracę straciło 3,5 tysiąca kierowców, 2000 ciągników siodłowych i samochodów ciężarowych sprzedano za bezcen albo zwrócono leasingodawcom.
Na granicy opłacalności
Niektórzy konkurenci sądzili wówczas, że RiCo "słusznie" dostał od rynku za swoje, czyli za politykę balansowania na pograniczu dumpingu. Nie zauważyli sygnałów pogorszenia koniunktury i nadciągającego załamania.
- Monitorujemy dane z ok. sześciu tysięcy firm transportowych - mówi Grzegorz Błachnio z firmy ubezpieczeniowej Euler Hermes. - O ile jeszcze wiosną ub.r. branża ta płaciła w terminie przeciętnie 80 proc. należności, a 20 proc. z poślizgiem, to w końcu roku regulowała w terminie tylko połowę należności.
Dla analityków rynkowych to były czytelne i alarmujące sygnały, że branża transportu samochodowego pogrąża się w kryzysie. Pierwsze odebrali w czerwcu 2008 r. To wtedy powstało blisko 10 proc. trudnych długów (dziś 15 proc.), przy których termin zapłaty przekracza 120 dni i, jak dowodzi praktyka, nie są one do ściągnięcia. Powodem tej zapaści, mówiono wtedy, była wysoka cena ropy naftowej i paliw płynnych. Wykruszały się firmy, które kalkulację opierały na minimalnej marży.
- Nadal są przewoźnicy, którzy oferują usługi po 48 eurocentów za kilometr - stwierdza Rajmund Nierychło, prezes Stowarzyszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych. - Odliczając koszty winiet w Czechach i Niemczech, zostaje im 20 centów na pokrycie wszystkich innych kosztów, za paliwo, pracę kierowców i amortyzację. Więc albo za coś nie płacą, albo znikają z powierzchni, gdy jeden z kosztów nieco wzrośnie.
KOMENTARZE (0)
NIE DODANO JESZCZE ŻADNEGO KOMENTARZA


