Autor: Jerzy Dudała | 2009-01-16
Andrzej Arendarski: związki, czyli licytacja radykalizmu
Przyjeżdżało się do Warszawy z kijami, prętami, robiło zadymę i osiągało to, co się chciało. Jednak te czasy minęły - mówi Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej.
- Jak ocenia pan zachowanie związków zawodowych?
- Myślę, że związki zawodowe nieco spuściły z tonu. Dotarło do nich to, że obecnie na rynku światowym jest sytuacja kryzysowa.
I ich działania nie są już tak bezwzględne, jak do tej pory. Związki zawodowe są z roku na rok słabsze. To tendencja ogólnoświatowa.
W miarę globalizowania się gospodarki związki zawodowe tracą na znaczeniu.
One mają spore znaczenie wtedy, kiedy gospodarka jest względnie zamknięta. Jeżeli natomiast można sięgnąć po towary bądź usługi z zagranicy, to związki są świadome tego, że wysuwając nazbyt rozbuchane żądania, podpiłowują gałąź, na której same siedzą.
Poza tym w Polsce mamy obecnie częste nawiązywanie do symboliki solidarnościowej, które to należałoby czasem traktować w formie groteski. Przeciętnemu Polakowi Solidarność kojarzy się pewnie z walką o wolność, o swobody obywatelskie.
A teraz te symbole często towarzyszą rzucaniu kamieniami, petardami czy paleniu opon. To się ludziom nie podoba i przez to związek traci swój autorytet.
- Związkowcy wskazują, że obecnie nie jest prowadzony dialog społeczny, a rząd Donalda Tuska stwarza tylko pozory jego prowadzenia. Czy to uzasadniona opinia?
- Myślę, że tego dialogu nie ma. Natomiast gdybym miał wskazać, dlaczego go nie ma, to powiedziałbym, że dlatego, iż związki nie są dojrzałym partnerem negocjacyjnym.
W Polsce związki były przez długie lata przyzwyczajone do tego, że się przyjeżdżało do Warszawy z kijami, prętami, robiło zadymę i osiągało to, co się chciało. Jednak te czasy minęły. Teraz trzeba wynająć dobrych negocjatorów, specjalistów i przy stole walczyć o swoje. Za pomocą argumentów, a nie kijów. Sądzę, że polskie związki, a szczególnie Solidarność, nie są jeszcze na to gotowe. Rej w Solidarności nadal wodzą ekstremiści. Tam nie można być człowiekiem umiarkowanym, bo się "traci twarz".
- Myślę, że związki zawodowe nieco spuściły z tonu. Dotarło do nich to, że obecnie na rynku światowym jest sytuacja kryzysowa.
I ich działania nie są już tak bezwzględne, jak do tej pory. Związki zawodowe są z roku na rok słabsze. To tendencja ogólnoświatowa.
W miarę globalizowania się gospodarki związki zawodowe tracą na znaczeniu.
One mają spore znaczenie wtedy, kiedy gospodarka jest względnie zamknięta. Jeżeli natomiast można sięgnąć po towary bądź usługi z zagranicy, to związki są świadome tego, że wysuwając nazbyt rozbuchane żądania, podpiłowują gałąź, na której same siedzą.
Poza tym w Polsce mamy obecnie częste nawiązywanie do symboliki solidarnościowej, które to należałoby czasem traktować w formie groteski. Przeciętnemu Polakowi Solidarność kojarzy się pewnie z walką o wolność, o swobody obywatelskie.
A teraz te symbole często towarzyszą rzucaniu kamieniami, petardami czy paleniu opon. To się ludziom nie podoba i przez to związek traci swój autorytet.
- Związkowcy wskazują, że obecnie nie jest prowadzony dialog społeczny, a rząd Donalda Tuska stwarza tylko pozory jego prowadzenia. Czy to uzasadniona opinia?
- Myślę, że tego dialogu nie ma. Natomiast gdybym miał wskazać, dlaczego go nie ma, to powiedziałbym, że dlatego, iż związki nie są dojrzałym partnerem negocjacyjnym.
W Polsce związki były przez długie lata przyzwyczajone do tego, że się przyjeżdżało do Warszawy z kijami, prętami, robiło zadymę i osiągało to, co się chciało. Jednak te czasy minęły. Teraz trzeba wynająć dobrych negocjatorów, specjalistów i przy stole walczyć o swoje. Za pomocą argumentów, a nie kijów. Sądzę, że polskie związki, a szczególnie Solidarność, nie są jeszcze na to gotowe. Rej w Solidarności nadal wodzą ekstremiści. Tam nie można być człowiekiem umiarkowanym, bo się "traci twarz".
KOMENTARZE (2)
emeryt
05.07.2010 10:31
antyciemniak
04.03.2010 10:40

