Janusz Steinhoff: sytuacja w gazie coraz trudniejsza
Marcelina Gołębiewska - 2006-09-12
- Dziwi mnie, że projekty gazu z Norwegii i importu LNG morzem są sprzedawane opinii publicznej jako realne - mówi Janusz Steinhoff, wicepremier i minister gospodarki w rządzie Jerzego Buzka.
Dlaczego członkowie rządu, którzy dzisiaj decydują o bezpieczeństwie energetycznym Polski, bez entuzjazmu odnoszą się do tego, co osiągnął rząd premiera Buzka w tym zakresie?
- To jest brak profesjonalizmu. I przejaw jakichś fobii.
Cele mieliście bardzo zbliżone.
- Co więcej, podjęliśmy słuszne i - jak się okazuje - dalekowzroczne decyzje: w 2001 r. rząd Jerzego Buzka parafował umowy gazowe z Danią i Norwegią. Jest dla mnie niepojęte, że rząd Leszka Millera zmarnował tę szansę. Mogliśmy już w 2004 roku mieć gaz duński i w cztery lata później gaz norweski. Teraz sytuacja jest trudniejsza.
I od października wygasa „mały” kontrakt norweski. Ale za to są dwa projekty: gaz sieciowy z Norwegii i import LNG drogą morską.
- Dziwi mnie, że oba projekty sprzedawane są opinii publicznej jako realne. Przede wszystkim należy wybrać jeden z nich. Tymczasem mówi się o dwóch i to bez konsultacji z sąsiadami: z Niemcami, z krajami bałtyckimi, czy Ukrainą, Słowacją, Czechami. Co do importu LNG to, o ile wiem, nie ma biznesplanu ani gwarancji dostaw gazu. Poza tym należałoby się poważnie zastanowić nad pomocą publiczną dla projektu zbudowania terminalu gazu skroplonego. Trudno sobie wyobrazić, żeby terminal był budowany z pieniędzy podatników. Państwo powinno skorzystać z takich instrumentów, jak poręczenia i gwarancje. Dokładnie tak, jak chcieliśmy zrobić przy projekcie przedłużenia do Polski ukraińskiego ropociągu Odessa-Brody.
Import LNG już zresztą zapowiadano...
- Zapowiadano import LNG, a nawet CNG (gazu sprężonego) - niestety te zapowiedzi nie miały dużego związku z rzeczywistością. Alternatywą wobec projektu norweskiego gabinetu Buzka było połączenie polskiej sieci gazowej z systemem niemieckim - projekt Bernau-Szczecin. Oczywiście rurociąg norweski był dla nas inwestycją priorytetową, bardziej racjonalną niż Bernau-Szczecin.
Ale Bernau-Szczecin w wykonaniu Bartimpeksu i Ruhrgasu (dzisiaj E.ON Ruhrgas - red.) wcale nie był taki korzystny dla PGNiG.
- Beneficjentem tego projektu na pewno nie był PGNiG - jego rola została sprowadzona do gwarancji odbioru 2 mld gazu rocznie. Gaz norweski, dostarczany siecią gazociągów Ruhrgasu Bernau-Szczecin z Emden, byłby droższy od tego, który bezpośrednio z Norwegii moglibyśmy odbierać w okolicach Niechorza.
Ale było to jednak połączenie z zachodnim systemem gazowym.
- Nie kwestionuję racjonalności połączenia polskiej sieci gazowej z zachodnioeuropejską, czyli faktycznie niemiecką. W ewentualnej realizacji tego projektu powinien uczestniczyć PGNiG. Jego rola w tym projekcie powinna być wiodąca. Jednak od 2000 roku projekty związane z bezpieczeństwem energetycznym stoją w miejscu. Z pieniędzy uzyskanych z debiutu giełdowego miały powstać m.in. nowe magazyny gazu - i nie powstają. W dodatku spółka od ośmiu miesięcy jest zarządzana co najmniej dziwnie. Jeszcze raz potwierdza to, że wprowadzenie PGNiG na giełdę - bez uregulowania kwestii majątku spółki Gaz-System i własności 48 proc. EuRoPol Gazu - było nieracjonalne.
- To jest brak profesjonalizmu. I przejaw jakichś fobii.
Cele mieliście bardzo zbliżone.
- Co więcej, podjęliśmy słuszne i - jak się okazuje - dalekowzroczne decyzje: w 2001 r. rząd Jerzego Buzka parafował umowy gazowe z Danią i Norwegią. Jest dla mnie niepojęte, że rząd Leszka Millera zmarnował tę szansę. Mogliśmy już w 2004 roku mieć gaz duński i w cztery lata później gaz norweski. Teraz sytuacja jest trudniejsza.
I od października wygasa „mały” kontrakt norweski. Ale za to są dwa projekty: gaz sieciowy z Norwegii i import LNG drogą morską.
- Dziwi mnie, że oba projekty sprzedawane są opinii publicznej jako realne. Przede wszystkim należy wybrać jeden z nich. Tymczasem mówi się o dwóch i to bez konsultacji z sąsiadami: z Niemcami, z krajami bałtyckimi, czy Ukrainą, Słowacją, Czechami. Co do importu LNG to, o ile wiem, nie ma biznesplanu ani gwarancji dostaw gazu. Poza tym należałoby się poważnie zastanowić nad pomocą publiczną dla projektu zbudowania terminalu gazu skroplonego. Trudno sobie wyobrazić, żeby terminal był budowany z pieniędzy podatników. Państwo powinno skorzystać z takich instrumentów, jak poręczenia i gwarancje. Dokładnie tak, jak chcieliśmy zrobić przy projekcie przedłużenia do Polski ukraińskiego ropociągu Odessa-Brody.
Import LNG już zresztą zapowiadano...
- Zapowiadano import LNG, a nawet CNG (gazu sprężonego) - niestety te zapowiedzi nie miały dużego związku z rzeczywistością. Alternatywą wobec projektu norweskiego gabinetu Buzka było połączenie polskiej sieci gazowej z systemem niemieckim - projekt Bernau-Szczecin. Oczywiście rurociąg norweski był dla nas inwestycją priorytetową, bardziej racjonalną niż Bernau-Szczecin.
Ale Bernau-Szczecin w wykonaniu Bartimpeksu i Ruhrgasu (dzisiaj E.ON Ruhrgas - red.) wcale nie był taki korzystny dla PGNiG.
- Beneficjentem tego projektu na pewno nie był PGNiG - jego rola została sprowadzona do gwarancji odbioru 2 mld gazu rocznie. Gaz norweski, dostarczany siecią gazociągów Ruhrgasu Bernau-Szczecin z Emden, byłby droższy od tego, który bezpośrednio z Norwegii moglibyśmy odbierać w okolicach Niechorza.
Ale było to jednak połączenie z zachodnim systemem gazowym.
- Nie kwestionuję racjonalności połączenia polskiej sieci gazowej z zachodnioeuropejską, czyli faktycznie niemiecką. W ewentualnej realizacji tego projektu powinien uczestniczyć PGNiG. Jego rola w tym projekcie powinna być wiodąca. Jednak od 2000 roku projekty związane z bezpieczeństwem energetycznym stoją w miejscu. Z pieniędzy uzyskanych z debiutu giełdowego miały powstać m.in. nowe magazyny gazu - i nie powstają. W dodatku spółka od ośmiu miesięcy jest zarządzana co najmniej dziwnie. Jeszcze raz potwierdza to, że wprowadzenie PGNiG na giełdę - bez uregulowania kwestii majątku spółki Gaz-System i własności 48 proc. EuRoPol Gazu - było nieracjonalne.