Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2017

Gazoport LNG w Świnoujściu. Czego nie zobaczą turyści?

Autor:  wnp.pl (Dariusz Malinowski)  |  01-09-2017 07:10  |  aktualizacja: 01-09-2017 07:30
We wrześniu do terminala gazowego w Świnoujściu zawinie już kolejny, dwudziesty, statek z ładunkiem skroplonego gazu. Jak funkcjonuje ten jeden z najbardziej kluczowych dla bezpieczeństwa gazowego kraju obiektów? Dariusz Malinowski wszedł tam, gdzie większość z nas nie ma dostępu.
Obecne techniczne możliwości regazyfikacyjne terminala na poziomie 5 mld m 3 gazu umożliwiają zaspokojenie 1/3 potrzeb polskiej gospodarki. Rozpatrywana jest również rozbudowa infrastruktury.
Fot. Mat. pras.
Zanim gazoport powstał, prawdziwy bój o niego stoczyły władze dwóch nadmorskich województw. Raz, że inwestycja generowała na czas budowy kilka tysięcy miejsc prac. Dwa, że było wiadome, iż terminal będzie wpłacał pokaźne podatki lokalne. I tak się stało. Dziś wpływy do kasy miasta z tego tytułu sięgają 40 mln zł.

Ostatecznie obiekt powstał na prawym brzegu Świny, w Świnoujściu. Najlepiej jego usytuowanie widać z pobliskiej latarni morskiej, która dzięki 67,7 metrów wysokości jest najwyższą w kraju. Gdy staniemy na szczycie latarni - po 308 stopniach wędrówki - zobaczymy gazoport w pełnej krasie. Dwa olbrzymie zbiorniki, plątanina rurociągów, budynki administracyjne, a patrząc na północ - kilkukilometrowy falochron. Na południe od gazoportu zlokalizowany jest terminal węglowy, obiekt graniczy także ze starym pruskim fortem Gerhard, w którym obecnie mieści się Muzeum Obrony Wybrzeża. Tam niedoświadczeni turyści mogą przejść przyspieszone szkolenie wojskowe.

Bezpieczeństwo nade wszystko


Już samo wejście na teren terminala to spore wzywanie. Obiekt otoczony jest wysokim ogrodzeniem, pasem „ziemi niczyjej” i kolejnym płotem. To wszystko pod nadzorem licznych kamer. Wchodząc na teren obiektu otrzymujemy przepustki, których kolor pozwala nam na zwiedzenie, mniej lub bardziej szczegółowe.

Terminal LNG im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Świnoujściu. Fot. Mat. pras.
Terminal LNG im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Świnoujściu. Fot. Mat. pras.

- Do bezpieczeństwa obiektu przywiązujemy ogromna wagę. Stąd tak duże ograniczenia i wymagania. Mamy do czynienia z miejscem o strategicznym znaczeniu. Zdajemy sobie sprawę z grożących nam niebezpieczeństw - mówi dyrektor pionu eksploatacji świnoujskiego gazoportu, Zbigniew Bobiński.

Stąd zanim udamy się na zwiedzanie, czeka nas szkolenie, a później przebranie się w kombinezony antyelektrostatyczne. Wszystko przez zagrożenie wybuchem. Należy bowiem pamiętać, że mieszanina metanu z powietrzem (w proporcjach 5-15 proc. metanu) jest bardzo silnie wybuchowa. Stąd też każdy używany tu sprzęt poza strefa zieloną, czyli najbardziej oddaloną od instalacji, musi posiadać odpowiednie atesty. Konsekwencją tego są jego wysokie ceny. Telefon czy radiotelefon kosztuje od kilku do nawet 8 tys. złotych. Generalnie sprzęt elektroniczny używany w zakładzie musi mieć certyfikat ATEX.

Co ciekawe, nie ma tu jednostki straży pożarnej.

- Prowadziliśmy analizy w tej sprawie - mówi dyrektor Bobiński. - Spółka zdecydowała się doposażyć jednostkę poza obiektem. Są w niej odpowiednio przygotowani ratownicy.

- Stwierdziliśmy, że strażacy będą lepiej przygotowani na wypadki, biorąc udział w normalnych akcjach, niż tylko ćwicząc na terenie terminala - tłumaczy menedżer.

Trzeba też podkreślić, że przestrzeganie procedur skutecznie zapobiega zagrożeniom. Zresztą na świecie działa około półtora setki tego typu obiektów. W całej historii, tylko w jednym z nich doszło do niebezpiecznej sytuacji.

36 godzin na wyładunek


Przy zachowaniu wszystkich środków bezpieczeństwa terminal ma być zarazem obiektem, w którym praca przebiega sprawnie i szybko. Kluczową fazą działalności w przypadku obiektu w Świnoujściu jest przyjęcie ładunku skroplonego gazu. A chodzi o niebagatelne nawet 200 tys. m3 LNG z jednego statku.

Fot. Mat. pras.
Fot. Mat. pras.

Od momentu zacumowania, terminal ma 36 godzin na przyjęcie całego ładunku. Powyżej tego czasu armator ma prawo naliczyć kary za przeciągający się postój jednostki. Każda godzina opóźnienia kosztuje ponad 4 tys. euro. Na szczęście choć gazoport przyjął już 19 ładunków taka sytuacja nie miała jeszcze miejsca. Raz jednak było blisko. Bo z powodu problemów ze szczelnością połączenia, rozładunek jednostki trwał 35 godzin i 40 minut.

Normalnie jednak wszystko trwa około doby. Z tego sam wyładunek to kilkanaście godzin. Dużo czasu potrzeba na schłodzenie połączenia.

- Należy pamiętać, że gaz ma temperaturę minus 160 stopni. Gdybyśmy połączenia nie schłodzili, znaczne, szybkie zmiany temperatury groziłoby uszkodzeniem struktury metalu, z którego zrobione są tzw. ramiona przeładunkowe - tłumaczy dyrektor Bobiński.

Stąd też zanim gaz trafi do instalacji naziemnej, trzeba ją schłodzić. Trwa to kilka godzin. Tyle samo czasu podgrzanie, jej tak by bezpiecznie można było statek odcumować. Sam proces pod kierownictwem kapitana rozładunku obsługuje pięciu pracowników. Z praktyki wynika, że najtrudniej pracownikom jest w zimie. Porywisty nieraz wiatr, zamarzająca woda, przenikliwy ziąb (platforma rozładunkowa jest na wysuniętym w morze falochronie) powoduje, że praca jest ciężka i niebezpieczna.

Surowiec następnie trafia na ląd, gdzie poddawany jest procesowi regazyfikacji. 

Mewa siwa na schodach


Obecnie wizyty metanowców powoli powszednieją, choć wśród turystów cieszą się dużym zainteresowaniem. Widok ponad 300 metrowego statku tuż przy plaży stał się duża atrakcją przyciągającą zwykłych mieszkańców, jak i shiploversów (fanów statków) nie tylko z Polski.

A przecież warto dodać, że plany budowy budziły liczne kontrowersje, wśród mieszkańców Świnoujścia i Międzyzdrojów.

Szczególnie obawiano się o las. Ten jednak podlegał pod przepisy dotyczące obszarów Natura 2000. Stąd też obiekt dzieli się na dwie części. Pierwszą z nich to część morska przylegająca do plaży i część lądowa. Obie połączone są estakadą, a pomiędzy nimi rozciąga się las.

Obecnie gazoport stał się ostoją licznych gatunków ptaków, które szczególnie upodobały sobie falochron wschodni. Na ten 3,5 kilometrowy obiekt, wstępu nie mają turyści, nic więc dziwnego że spotkać można tu całe stada mew i kormoranów. Sporo tu także czapli, a pojawia się także i orzeł bielik.

Fot. Mat. pras.
Fot. Mat. pras.

W ogóle obiekt gazoportu jest dość cichy stąd także ptaki próbują tu zakładać gniazda.

- Na jednym z wejść na zbiornik założyła gniazdo mewa siwa. Ptak podlega ochronie gatunkowej. Na szczęście, ponieważ mieliśmy inne wejście, nie musieliśmy gniazda usuwać, choć dysponujemy takim prawem. Teraz staramy się zapobiegać takim zdarzeniom, zniechęcamy ptaki do budowania gniazd - wyjaśnia dyrektor Bobiński.

Gazoport nie zniszczył także, jak to niektórzy wieścili, populacji nietoperzy w pobliskich fortach.

Obawy wobec gazoportu mieli zresztą nie tylko ekolodzy. Przeciwnikiem inwestycji był również dzierżawca Fortu Gerhard i właściciel muzeum Obrony Wybrzeża w Świnoujściu Piotr Piwowarczyk, który przeciwko inwestycji dość mocno protestował.

- Obawiałem się, że obiekt ten nie tylko zrujnuje plaże i wydmy, ale także odetnie muzeum. Tymczasem ku mojemu zaskoczeniu, gazoport stał się ważną atrakcją turystyczną i choć sam nie jest dostępny do zwiedzenia, to część osób chcących go zobaczyć, przychodzi do Fortu Gerhard - tłumaczy Piwowarczyk. - Co także dla mnie ważne, nie ingeruje w aż tak dużym stopniu w przyrodę - dodaje Piwowarczyk.


Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2017