Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2017

"Gieweksy” i królowie życia po przejściach

Autor:  wnp.pl (Jerzy Dudała)  |  14-09-2017 06:00  |  aktualizacja: 13-09-2017 22:58
W PRL-u górnicy nie wydobywali węgla lecz "czarne złoto". Dlatego w specjalnych sklepach mogli kupować to, o czym inni tylko marzyli: sprzęt AGD, domową elektronikę, ubrania czy sprzęt narciarski. Ciężko tyrali, ale przynajmniej wiedzieli, za co. Dziś też tyrają, ale po dawnych przywilejach nie zostało ani śladu.

  • Likwidując kopalnię, likwiduje się także miejsce, które wcześniej wyznaczało rytm i styl życia całej społeczności.
  • Nie wolno tworzyć społecznej próżni - zamykając nierentowne przedsiębiorstwo, trzeba oferować coś w zamian.
  • Rząd PO-PSL nie podjął żadnych istotnych decyzji w sprawie sektora węglowego.
  • Żeby polskie górnictwo w ogóle mogło myśleć o konkurencyjności, potrzebuje przede wszystkim inwestycji.

Kiedyś węgiel był czarnym złotem, a górnicy stali na piedestale. Nic po tym nie zostało.
Fot. Shutterstock.com

Dawniej: olbrzymie wydobycie. Teraz, z 60. milionami ton rocznie - poślednie miejsce na skraju  górniczej mapy świata. Polski przemysł wydobywczy jest dziś według wielu zaledwie marnym skrawkiem tego sprzed lat.

Kiedyś był niemal państwem w państwie. A jego "obywatele" cieszyli się ekskluzywnymi przywilejami.
W latach 80., gdy podupadającą gospodarkę podtrzymywał już tylko eksport węgla, w miastach Górnego Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego uruchomiono specjalne sklepy „G” -  zwane "gieweksami”. Obsługiwano w nich tylko górników. Choć nie wszystkich... Tylko tych, którzy fedrowali po sześć dni w tygodniu.  

Oto bowiem Porozumienia Jastrzębskie gwarantowały wszystkim górnikom wolne soboty. Ale węgla wciąż było za mało. Więc zachęcano górników do pracy w weekendy. Praca w soboty opłacana była podwójnie, a wynagrodzenie lokowano na specjalnych, oszczędnościowych książeczkach górniczych. Za te specjalne pieniądze można było kupować w specjalnych sklepach. Złotówki lokowane na książeczkach "G" miały jeszcze ten dodatkowy walor, że były poniekąd wymienialne – można było za nie kupować dewizy po niskim, bankowym kursie.

Ten, kto w kopalni nie pracował, albo wylegiwał się w soboty w domowych pieleszach, mógł poprosić znajomego albo i nieznajomego, by coś mu w takim gieweksie kupił. Co oczywiście wiązało się z koniecznością odpalenia działki takiemu dobrodziejowi.

Dziś po tamtych czasach pozostały tylko wspomnienia. Branża nadal jest na zakręcie, który trudno będzie pokonać, bo coraz bardziej zacieśnia go choćby polityka klimatyczna Unii Europejskiej i jej ogólna niechęć do węgla.

Armia ludzi z kilofami


W latach 1998-2001 z górnictwa dobrowolnie odeszło przeszło 100 tys. pracowników. Około 40 proc. z nich wzięło odprawy. Średnio po 37 tys. zł netto. Wówczas była to dla przeciętnego Kowalskiego kasa całkiem, całkiem. Środki na tzw. Górniczy Pakiet Socjalny pochodziły z kredytu udzielonego przez Bank Światowy. I był to łabędzi śpiew górniczego państwa dobrobytu. Później nastąpiła jego brutalna konfrontacja z twardymi realiami gospodarki rynkowej 

Reformę przeprowadził rząd koalicji AWS-UW. Choć przeprowadzona z zachowaniem względnego spokoju społecznego, dziś oceniana jest różnie. Wielu uznaje ją za wielki sukces. Nie brak jednak przekonanych, że niektóre kopalnie zlikwidowano wówczas pochopnie i nazbyt pośpiesznie. 
 
- Likwidując kopalnię, likwidowano także miejsce, które wcześniej wyznaczało rytm i styl życia całej społeczności - mówił mi kiedyś socjolog prof. Marek Szczepański. - Na przykład w graniczącym z Górnym Śląskiem Zagłębiu Dąbrowskim, w Grodźcu, po zamknięciu kopalni upadły wszystkie knajpki i bary, bo zabrakło klientów. Teraz jest w tym Grodźcu trochę prywatnych, bogatych domów. Ale generalnie to smutny, szary świat. Nie wolno tworzyć społecznej próżni. Zamykając nierentowne przedsiębiorstwo, trzeba zaoferować coś w zamian. 

A w roku 1989 polskie górnictwo zatrudniało ponad 400 tysięcy osób. To była potęga.

- Dokładnie 404 tysiące 600 osób - precyzował profesor Szczepański. - Choć byli wśród nich także  „górnicy” zdumiewający: kucharki i piłkarze na górniczych etatach. Nigdy w życiu nie byli "na dole", a zarabiali całkiem spore pieniądze.

I działo się to w czasach, gdy bogate państwa europejskie zaczynały już ograniczać wydobycie w nierentownych kopalniach. Pierwsze poważne dokumenty dotyczące restrukturyzacji Zagłębia Ruhry datowane są na rok 1957!

- Dlatego w 1989 roku stało się jasne, że tak licznej armii ludzi pracujących w górnictwie utrzymać się nie da - podkreślał Marek Szczepański. 

Tak więc, po latach pielęgnowania w górnictwie ciszy dającej komfort rządzenia, zaczęto wdrażać reformę. Ale nawet ci, którzy oceniają ją negatywnie, wskazują przy tym, że jednak wówczas coś robiono, podejmowano jakieś decyzje.

Wychodzenie z dryfu

Rząd PO-PSL żadnych istotnych decyzji dotyczących sektora węglowego nie podjął. Górnictwo, ot tak sobie, dryfowało.

Nowa ekipa rządząca musiała więc praktycznie już pierwszego dnia po objęciu władzy wejść w rolę strażaka. Zresztą poniekąd z powodzeniem - uratowano Kompanię Węglową, przekształcając ją w Polską Grupę Górniczą; potem dołączono do niej kopalnie zagrożonego upadkiem Katowickiego Holdingu Węglowego. Zdołano uratować, produkującą węgiel koksowy, Jastrzębską Spółkę Węglową.

- Górnictwo znów zaczyna być ważnym elementem polskiej gospodarki, nasze działania przynoszą efekty. Odrobiliśmy ogromne straty, a wyniki sektora za pierwsze półrocze 2017 roku napawają optymizmem - zaznacza wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski.

Za pierwsze półrocze tego roku branża zanotowała niemal 1,5 mld zł zysku, co było głównie zasługą Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Tobiszowski przypomina przy tym, że jeszcze w 2015 roku strata sektora węglowego sięgała 4,7 mld zł.

- Podjęliśmy się zreformowania sektora górnictwa węgla kamiennego. Działaliśmy konsekwentnie, mieliśmy plan i dziś widzimy tego efekty. Na koniec 2017 roku wyniki  sektora  prawdopodobnie będą lepsze niż planowaliśmy - ocenia.

I dodaje, że oprócz dalszej restrukturyzacji, ważnym elementem rozwoju sektora będzie również sięganie po najnowsze rozwiązania technologiczne.

- Innowacyjność jest dla górnictwa ważna. Nie da się zarządzać efektywnie tym sektorem bez nowoczesnych maszyn i urządzeń - przekonywał podczas targów górniczych w Katowicach.

Szef resortu energii Krzysztof Tchórzewski stale podkreśla, że węgiel pozostanie wiodącym składnikiem naszego miksu energetycznego.

- Do 2025 roku będziemy zmniejszali jego udział w energetyce, ale minimalnie. Jednocześnie będzie nam rosła wydajność - wyjaśnia politykę rządu. - Jeżeli będziemy odstawiać stare bloki, to ich miejsce  zajmą nowe, o sprawności sięgającej 46 proc. A zatem będziemy mieli z tej samej ilości węgla więcej energii.

Górniczy exodus

Jeżeli państwo jest właścicielem górnictwa, to powinno o nie dbać. Powinno... W praktyce, w ciągu ostatnich lat było tak, że problemy górnictwa odsuwano na bok, zamiast brać się za ich rozwiązywanie.

- W czasie rządów koalicji PO-PSL nie podejmowano decyzji, zaklinano rzeczywistość, trwał bal na Titanicu - ocenia Janusz Steinhoff, były wicepremier, minister gospodarki i współtwórca reformy górnictwa z lat 1998-2001. Tej, która wstrząsnęła polskim przemysłem wydobywczym. 

Wtedy w miarę bezboleśnie zmniejszono zatrudnienie w sektorze dzięki Górniczemu Pakietowi Socjalnemu. Jak na tamte czasy było to rozwiązanie racjonalne i skuteczne. Jedni wzięli jednorazowe odprawy, pozostali skorzystali z górniczych urlopów i wcześniejszych emerytur.

- Wówczas odejście z kopalni w ramach Górniczego Pakietu Socjalnego z 40 tys. zł brutto w kieszeni dla wielu było bonusem jak z nieba - ocenia prof. Marek Szczepański. 

Ci, którzy wzięli odprawy, w większości nie zostali jednak biznesmenami. Raczej spłacili długi, pokupowali samochody, mieszkania, albo przynajmniej meble. Dwie największe, i w miarę równe liczbowo grupy stanowili ci, którzy pieniądze wpłacili na lokaty bankowe oraz ci, którzy je szybko wydali. Wielu spośród tych, którzy niegdyś przyjechali na Śląsk i do Zagłębia za chlebem, wróciło w swoje rodzinne strony. 

Górniczy Pakiet Socjalny zawierał instrumenty osłonowe i aktywizujące. Do tych pierwszych należał urlop górniczy, do drugich - ta legendarna niemal, jednorazowa, bezwarunkowa odprawa pieniężna oraz zasiłek socjalny.

O urlop górniczy mógł starać się pracownik kopalni zatrudniony pod ziemią, któremu do nabycia uprawnień emerytalnych pozostało nie więcej niż pięć lat pracy - takie uprawnienia nabywa się po przepracowaniu "na dole" 25 lat pracy. Na czas przebywania na urlopie górniczym pracownikowi przysługiwało świadczenie pieniężne w wysokości 75 proc. wynagrodzenia miesięcznego, które było okresowo rewaloryzowane. Pracownicy na urlopie górniczym mogli podjąć pracę zarobkową, ale wówczas tracili połowę przyznanego świadczenia.

Jednorazową, bezwarunkową odprawą pieniężną było 12-krotne przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze. Przysługiwała ona pracownikowi, który przepracował "na dole" lub w zakładzie przeróbki mechanicznej węgla co najmniej pięć lat i na własne żądanie zwalniał się z pracy w górnictwie. Prawie 10 proc. z górników, którzy się na nią zdecydowali, załatwiło sobie nową pracę jeszcze przed odejściem z kopalni. Większość pozostałych miało już doświadczenie związane z poszukiwaniem pracy.

Zaskakiwało natomiast to, że ponad jedna trzecia beneficjentów odprawy bezwarunkowej nie przystąpiło do poszukiwania pracy. I aż 18 proc. spośród nich w ogóle nie planowało tego robić.

Zasiłek socjalny także przysługiwał górnikowi zatrudnionemu pod ziemią lub w zakładzie przeróbki mechanicznej węgla co najmniej pięć lat. Jego wysokość wynosiła 65 proc. miesięcznego wynagrodzenia. Mógł być wypłacany przez dwa lata. Towarzyszyły mu bezpłatne kursy umożliwiające  przekwalifikowanie zawodowe. 

Korzystanie z poszczególnych instrumentów Górniczego Pakietu Socjalnego miało charakter dobrowolny. Skorzystało z niego do 31 grudnia 2002 roku 67 026 osób. Więcej niż przewidywano. W programie reformy zapisano liczbę nieco przekraczającą tylko 65 tys.

Dodajmy tu jednak, że jak wynikło z później przeprowadzonych badań, aż co piąty górnik, który skorzystał z GPS, deklarował, że gdyby można było cofnąć czas, to nie skorzystałby z niego i wolałby pozostać w kopalni....

Skala zmian w sferze zatrudnienia w górnictwie była wielka zarówno w wymiarze ilościowym, jak i jakościowym. Doprowadziła do zmniejszenia liczby osób pracujących w sektorze o 268 tys.; w tym pracowników dołowych o ponad 179 tys.

Oczywiście kontynuowano proces zamykania kopalń. Kryterium likwidacji była efektywność ekonomiczna. Tyle że sposób, w jaki ją wyliczano do dziś budzi kontrowersje. Wielu nadal żałuje kopalni Dębieńsko, Morcinek, Siersza, czy Niwka-Modrzejów.

Święty Graal - efektywność

Górny Śląsk to nadal specyficzny region. Tutaj bowiem na niewielkim skrawku ziemi, na około 12 tys. km kw, żyje ponad 4 mln ludzi. Wielu nadal jest związanych z branżą górniczą, spora część należy też do górniczych związków zawodowych. Górnictwo nadal jest branżą w istotny sposób wpływająca na całą polską gospodarkę. Utrzymuje się z niej mnóstwo osób - pracownicy kopalń i firm kooperujących z górnictwem oraz ich rodziny

W porównaniu z innymi regionami kraju, łatwiej tu o społeczną mobilizację. A może po prostu większa i kulturowo uzasadniona jest determinacja ludzi broniących miejsc pracy. Dobrze było to widać w końcowej fazie rządów PO-PSL, gdy chciano likwidować kopalnie należące do ówczesnej Kompanii Węglowej. Doszło do protestów, także strajku w podziemiach kopalni. Rząd Ewy Kopacz przestraszył się i z zamykania kopalń szybko zrezygnował. Co gorsza - nie zaproponował niczego, co przypominałoby niedokończoną reformę sprzed 15 lat. Więc górnictwo sięgnęło dna. Od którego teraz mozolnie się odbija.  

W 1990 roku w polskim górnictwie pracowało niemal 400 tys. ludzi. Obecnie - około 80 tysięcy. Żeby można było myśleć o jego konkurencyjności, trzeba inwestować. Innej drogi nie ma. 

W Polskiej Grupie Górniczej inwestycje wiążą się z koniecznością zapewnienia wydobycia węgla na stabilnym poziomie. Lata chude i ścinanie nakładów finansowych odbija się tam teraz coraz gwałtowniejsza czkawką. Mimo to, po koniec czerwca zarząd PGG zapewniał, że w rok 2017 zamierza zakończyć wydobyciem nie mniej niż 32 mln ton węgla.

- Ten plan trudno będzie zrealizować. Pod koniec września przedstawimy bardziej precyzyjne prognozy w tej kwestii - przyznawał w sierpniu Tomasz Rogala, prezes Polskiej Grupy Górniczej. 

Wciąż więc aktualnym pozostaje pytanie, czy nasze  rodzime górnictwo będzie w stanie, zgodnie z rządowymi planami, zapewnić  elektrowniom węglowym odpowiednią ilość surowca. Łatwo nie będzie...

A piłkarze na górniczych etatach? Nadzwyczajne premie? Gieweksy? No cóż: to se ne vrati...


 

Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2017