Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2017

Janusz Szewczak (PiS) o rekordowym PKB i nowym budżecie: "Ekonomiści ze szkoły Leszka Balcerowicza to przegrane środowisko"

Autor:  wnp.pl (ADAM SOFUŁ)  |  14-11-2017 12:09  |  aktualizacja: 14-11-2017 12:36
Gospodarka się rozpędza, PKB rośnie już 4,7 proc. - Dzięki uszczelnieniu systemu podatkowego i rozpędzającej się gospodarce mamy bezpieczną poduszkę zapewniającą finansowanie potrzeb wydatkowych - mówi o projekcie przyszłorocznego budżetu Janusz Szewczak (PiS), wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Finansów Publicznych, w rozmowie z WNP.PL.

  • Przyszłoroczny budżet jest prorozwojowy i podtrzyma pozytywne tendencje w gospodarce.
  • Ożywienie w inwestycjach będzie napędzać wzrost gospodarczy.
  • Wciąż musimy się zmagać z długami zaciągniętymi przez poprzednie rządy - uważa Janusz Szewczak.

Sejm rozpoczął pracę nad projektem przyszłorocznego budżetu: jak pan ocenia ten dokument?

Janusz Szewczak (PiS), wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Finansów Publicznych.
Fot. januszszewczak.wordpress.com

- Projekt, jaki wpłynął do Sejmu, przedstawia budżet realnych możliwości, ale jednocześnie optymistyczny - autorzy nie zakładają w nim jakichś niekorzystnych tendencji ani nie przewidują drastycznych cięć. A jednak chcę podkreślić, że mimo tego optymizmu to bardzo realistyczny budżet, nawet ostrożny w swoich założeniach, zwłaszcza jeśli chodzi o wzrost gospodarczy, a to wpłynie na wykonanie tego budżetu. Moim zdaniem realizacja może być lepsza niż założone wskaźniki, podobnie jak w przypadku tegorocznego budżetu, gdzie będziemy mieli np. znacznie niższy deficyt budżetowy od założonego.

Czy nie jest tak, jak twierdzą niektórzy ekonomiści, że przy dość przyzwoitym wzroście gospodarczym - a 4 proc. za taki należy uznać - deficyt nie powinien być niższy i czy w ogóle nie powinniśmy pomyśleć o zrównoważeniu budżetu?


- Ekonomiści, którzy tak mówią, z reguły wywodzą się ze szkoły Leszka Balcerowicza: ciąć, oszczędzać, wyprzedawać. Oni pokazali już swoje możliwości przez ostatnie dwadzieścia parę lat. Niby byli tak kompetentni, tak profesjonalni, a z roku na rok sytuacja budżetu i finansów publicznych była coraz gorsza. Ci eksperci są związani z Platformą Obywatelską i Nowoczesną, czyli przegranymi środowiskami politycznymi.

Ciekawostka: z jednej strony narzekają na zbyt duży deficyt i nawołują do zbilansowania budżetu w okresie wzrostu gospodarczego, z drugiej zaś ubolewają nad zbyt małymi inwestycjami, czyli w istocie zbyt małymi wydatkami. Problem w tym, że jak się uruchamia inwestycje, zaczyna się wydawać pieniądze, to deficyt z reguły rośnie i charakterystyczne, że największe deficyty są wówczas, kiedy są znaczące wzrosty inwestycji.

Musimy znaleźć jakiś złoty środek i z tego punktu widzenia uważam, że mamy deficyt pod kontrolą. Media zresztą często podgrzewają atmosferę, myląc deficyt budżetu z deficytem sektora finansów publicznych, gdzie liczą się również finanse samorządów, deficyt systemu ubezpieczeń społecznych.

Poziom inwestycji jednak rzeczywiście nie zachwyca….


- Ale one już ruszają. Proszę popatrzeć na samorządy, które mają po połowie roku nadwyżkę rzędu około 13 mld zł, a zejdą w końcu roku do niewielkiego deficytu, najprawdopodobniej rzędu 1-2 mld zł. A z czego to wynika? Samorządy uruchamiają wreszcie te zatrzymywane przez prawie dwa lata inwestycje. Dzieje się to dopiero teraz z dwóch powodów. Po pierwsze chciały zrobić na złość nowemu rządowi, bo z reguły są zdominowane przez inną opcję polityczną. Po drugie - rozpoczęły się przygotowania do wyborów samorządowych, więc trzymały pieniądze na ten końcowy, przedwyborczy etap.

Wspomniał pan, że projekt przyszłorocznego budżetu jest ostrożny w swoich założeniach. Skąd ten optymizm?


- Stąd, że gospodarka się rozpędza i prognozy około 4 proc. wzrostu są bardzo realistyczne. Budżet na przyszły rok podtrzymuje tegoroczną tendencję stosunkowo wysokiego wzrostu gospodarczego w granicach 4 proc. i to jest bezpieczny poziom. To nie są jakieś szaleństwa: choć pewnie wolelibyśmy się rozwijać w tempie 7 proc., to przy wzroście PKB w krajach Europy Zachodniej rzędu 1,5-2 proc., te nasze 4 proc. są bardzo przyzwoitym poziomem. I ostrożnym, bo moim zdaniem wzrost może być wyższy. Przydałoby się.

Czytaj także:
Tak wysokiego wzrostu PKB nie mieliśmy od 6 lat. Oto najnowsze dane

Natomiast już przy tych założeniach mamy bezpieczną poduszkę zapewniającą finansowanie potrzeb wydatkowych. Zakładamy, że dochody podatkowe znacząco wzrosną o kilkadziesiąt miliardów, w tym roku to jest około 30 mld zł. Potrzeby pożyczkowe brutto polskiego państwa na przyszły rok są w granicy 63 mld zł, a w zeszłym roku było to 55 mld zł. Nie są to zatem jakieś gigantyczne różnice. Nie ma jakiegoś drastycznego ruchu, koszty obsługi długu publicznego utrzymują się na tym samym poziomie 30 mld zł.

Oczywiście szkoda tych pieniędzy, lepiej by było, gdybyśmy nie musieli ich oddawać, ale to konsekwencje zadłużania kraju w poprzednich latach. To nie Prawo i Sprawiedliwość zadłużyło Polskę na prawie bilion złotych. Przez okres 8 lat rządów PO-PSL dług publiczny wzrósł nam o blisko 500 mld zł, czyli o połowę. Przypominam, że kiedy w 2007 roku PiS odchodził od władzy, ten dług był na poziomie nieco ponad 500 mld zł, dzisiaj to jest około biliona.

Czy były jakieś znaczące zmiany podczas prac w komisjach?


- Jesteśmy dopiero na początku prac komisyjnych, one jeszcze potrwają przez najbliższe dwa miesiące i na pewno będzie jeszcze dużo pracy. Być może pojawią się jakieś zmiany, ale raczej niewielkie. Być może uda się dokonać jeszcze oszczędności na niektórych rozbuchanych instytucjach, bo można takie tendencje zauważyć, ale wydaje się, że dość dobrze jest ten budżet policzony i jakichś drastycznych zmian nie będzie. Posłowie rewolucji nie zrobią, ale jakieś niewielkie zmiany mogą być.

Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2017