Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2017

PISM: Nie chcemy pomocy inwestycyjnej od Chińczyków

Autor:  wnp.pl (Piotr Stefaniak)  |  06-12-2017 06:05  |  aktualizacja: 05-12-2017 23:34
Polska nie tyle zabiega o to, by Chińczycy finansowali inwestycje infrastrukturalne, co sygnalizuje im, by stając do przetargów byli po prostu konkurencyjni. - Otwartym pytaniem  pozostaje kwestia, czy chińskie technologie są lepsze od zachodnich i czy Chiny są już gotowe składać takie oferty - mówi dr Justyna Szczudlik z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

  • Realizując ideę Belt and Road Initiative, Chiny chcą budować swoją mocarstwową pozycję. Jasno zostało to powiedziane na XIX zjeździe KPCh.
  • Z koncepcją BRI powiązano nową strategię militarną, w której otwarcie mówi się o ochronie chińskich interesów za granicą.
  • Chińczycy, oferując pomoc krajom naszego regionu, w dużym stopniu powielają model, który zastosowali w Afryce. Nie uwzględniają jednak tego, większość z nich należy do UE.

Czy idea Nowego Jedwabnego Szlaku, zwana też One Belt One Road lub z angielska - The Belt and Road Initiative, zmieniła się od chwili jej ogłoszenia 5 lat temu?

Xi Jinping umocnił swą władzę. The Belt and Road Initiative została wpisana do statutu KPCh, co oznacza, że jest to inicjatywa nie tylko flagowa, ale i długofalowa.
Fot. Shutterstock.com

- Trudno jednoznacznie odpowiedzieć jak ewoluuje, bo od początku nie było wiadomo czym ona dokładnie jest. Nie zarysowano jednoznacznie jej celów i nie określono instrumentarium.

Dlaczego?

- To przemyślane działania. Brak jasnych kryteriów powoduje, że ta inicjatywa jest bardzo pojemna. Można do niej wrzucać wiele różnych projektów czy mechanizmów współpracy. Trudno więc też jednoznacznie ocenić, co się udało zrealizować, a czego nie.

Moim zdaniem BRI ma dwa główne cele: gospodarczy, który od chwili ogłoszenia inicjatywy był najważniejszy, oraz polityczny.

Pierwszy zakłada zwiększenie współpracy międzynarodowej Chin poprzez rozwinięcie transportowej infrastruktury lądowej i morskiej. Chiny chcą w ten sposób zapewnić swoim towarom rynki zbytu,  inwestować poza granicami za pośrednictwem swoich firm i pozyskiwać technologie.

A ten drugi cel?

- Ma charakter polityczny. Za pomocą koncepcji BRI, Chiny chcą zbudować swoją mocarstwową pozycję. Jeżeli mówimy o jej ewolucji, to odnoszę wrażenie, że obecnie większy nacisk kladzie się właśnie na ten jej polityczny wymiar.

Bo…?

- Bo można tak sądzić oceniając to, co się wydarzyło podczas październikowego XIX zjazdu Komunistycznej Partii Chin.

A co się wydarzyło?

- Przede wszystkim Xi Jinping umocnił swą władzę. A BRI została wpisana do statutu KPCh co oznacza, że jest to inicjatywa nie tylko flagowa, ale i długofalowa. Ma być narzędziem realizacji chińskiej wizji globalizacji. W tym sensie możemy mówić o zwiększeniu politycznego znaczenia BRI.

Przeciwko globalizacji wypowiada się Donald Trump...

- I właśnie dlatego Chiny chcą wykorzystać wolną przestrzeń, którą taka polityka pozostawia. Postępują według zasady opisanej przez Sun Zi w „Sztuce wojny”: trzeba być jak woda i zajmować wolną przestrzeń.

Widać to właśnie w ich podejściu do globalizacji. Trump sugeruje, że nie będzie brał w niej udziału, mówi o protekcjonizmie, po czym Xi Jinping wygłasza w Davos płomienne przemówienie na rzecz globalizacji i wolnego handlu oraz wiodącej roli Chin w tym procesie.

Czyli nic nowego…

- Nic nowego, jeżeli chodzi o cele chińskiej polityki - zarówno tej wewnętrznej jak i zagranicznej. Za rządów Xi Jinpinga nowością jest jednak odchodzenie od idei Deng Xiaopinga, który nacisk kładł na rozwój gospodarczy Chin i ich ograniczoną aktywność międzynarodową. Innymi słowy dbał o dobre, pokojowe i przyjazne otoczenie Chin, by mogły się one koncentrować na gospodarce. Nie demonstrując przy tym swej siły.

Za Xi to się zmieniło. Mówi się otwarcie o mocarstwowości Chin i związanych z tym oczekiwaniach. Zjazd KPCh pokazał, że w drugiej kadencji Xi może prowadzić jeszcze aktywniejszą politykę zagraniczną.

Jak to się ma do idei Nowego Jedwabnego Szlaku?

- Inicjatywa Jedwabnego Szlaku będzie jednym z głównych narzędzi aktywnej polityki zagranicznej Chin. Skoro Chiny „wychodząc” poza Azję chcą inwestować i budować infrastrukturę, to muszą dbać o bezpieczeństwo swoich obywateli i projektów.

Właśnie dlatego z inicjatywą BRI powiązano nową strategię wojskową z maja 2015 roku, w której otwarcie mówi się o ochronie chińskich interesów za granicą. I właśnie dlatego Chiny budują swoje bazy na przykład w Pakistanie, Sri Lance czy Dżibuti.

Nowy Jedwabny Szlak rozciągnięto także na Afrykę.

- Nie ma jednej, oficjalnej mapy pokazującej gdzie przebiega ów "szlak". W zasadzie obejmuje on wszystkie kontynenty. Na pewno także Afrykę. O tym zresztą otwarcie mówi dokument o BRI z marca 2015 r.

Jednak Chińczycy są w Afryce obecni od lat; inwestują, szczególnie w infrastrukturę. Tam widać dlaczego Chińczycy potrzebują baz: w Afryce mieszka liczna społeczność chińska. Bazy są im potrzebne - przynajmniej na razie - do jej ochraniania. Przypomnę tu ewakuowanie z Libii 36 tys. Chińczyków, czy podobna akcja przeprowadzona w Jemenie.

Inny przykład to sprawa związana z zaginionym w 2014 r. samolotem malezyjskich linii lotniczych, który leciał z Kuala Lumpur do Pekinu. Chiny nie mogły w pełni włączyć się w akcję poszukiwawczą. Nie miały odpowiednich baz na morzach, co utrudniało akcję ratunkową. 

To był kolejny dowód na to, że chcąc „wychodzić” bardziej poza najbliższe sąsiedztwo, Chińczycy muszą zakładać swoje przyczółki. Między innymi temu służą sztuczne wyspy na Morzu Południowochińskim.

W basenie Morza Południowochińskiego leży 10 państw. Nie zawsze ich interesy są zbieżne z chińskimi.

- Spory terytorialne dotyczące tego akwenu to obecnie jeden z ważniejszych punktów spornych Chin z państwami regionu. Chińczycy chcą tam realizować swoje cele gospodarcze i polityczne: kontrolować szlaki handlowe i czynić zadość nastrojom nacjonalistycznym pokazując siłę i mówiąc o ochronie swojej suwerenności oraz terytorialnej integralności.

Realizują ideę "Wielkich Chin"?

- Owa idea - Chiny jako mocarstwo - to nic nowego. Novum stanowi jedynie ich aktywniejsze zmierzanie ku temu celowi i otwarte mówienie o nim. 

W Chinach ciągle żywe jest tak zwane "poczucie hańby i poniżenia". Chodzi o odwołania do okresu, który rozpoczęły wojny opiumowe w połowie XIX w., a zakończyło powstanie ChRL. Zachodnie mocarstwa i Japonia w zasadzie dokonały wtedy rozbioru Chin. Ta zadra tkwi w Chińczykach do dziś. Dlatego Xi Jinping mówi o „wielkim odrodzeniu narodu chińskiego” jako celu swojej polityki. 

Spójrzmy na te sprawy z naszej perspektywy. Natknąłem się na tezę australijskiego politologa, prof. Paula Dibba, który twierdzi, że Chiny będą dążyć do uzależnienia politycznego i ekonomicznego biedniejszych krajów UE, między innymi za pomocą infrastruktury. Podziela ją Pani?

- Po zjeździe KPCh i po wypowiedziach Xi wydaje się, że ten cel został dość wyraźnie zarysowany. Pytanie czy Chinom uda się go osiągnąć.

Dlaczego miałoby się nie udać?

- W chińskiej polityce zagranicznej pomoc udzielana krajom rozwijającym się jest jednym z ważniejszych celów. To nic nowego. Okazuje się jednak, że Chiny patrzą na Europę Środkową i Wschodnią właśnie przez ten pryzmat. Na przykład w powstałej z chińskiej inicjatywy formule współpracy Chin z krajami Europy Środkowej i Wschodnie (tzw. 16+1), chińska oferta dla naszego regionu to w dużym stopniu powielenie modelu stosowanego w Afryce.

Brzmi to co najmniej szokująco…

- I pokazuje, że Chiny, formułując ofertę współpracy, nie rozumiały w pełni specyfiki naszego regionu. Chociażby tego, że większość państw, które Chińczycy zaliczyli do „szesnastki”, to członkowie Unii, dla których chińska pomoc w postaci kredytów na rozbudowę infrastrukturę nie jest atrakcyjna, a wręcz niepotrzebna.

Chodzi o to, że Chiny próbują zastosować ten sam model, który stosują od lat. Sprawdza się on bardziej w tych pięciu krajach „szesnastki”, które nie są w Unii. One nie mają bowiem łatwego dostępu do finansowania projektów i chętniej przyjmują chińską ofertę. 

Po wizycie premier Szydło w Pekinie pojawiły się sugestie, że Chińczycy mogą na przykład wziąć udział w budowie Centralnego Portu Komunikacyjnego. Gdyby się tak stało, byłoby to zagrożeniem dla naszych interesów?

- Nie, ponieważ ten projekt lub inne, które będą w Polsce realizowane, nie będzie opierał się na modelu, który Chiny stosują na przykład w ramach linii kredytowej w formacie 16+1.

Polska jako członek UE nie jest zainteresowana kredytami, które dodatkowo musiałyby zostać objęte państwowymi gwarancjami. Dlatego nie ma w Polsce chińskich inwestycji infrastrukturalnych, bo są one dla nas nieatrakcyjne.

Co więcej, nie potrzebujemy chińskiego inwestora jako źródła finansowania. Potrzebny nam taki, który zapewni know-how i nowoczesne technologie. A do tego jego oferta będzie konkurencyjna. 

Czy polsko-chińskie relacje mają charakter stosunków partnerskich i opierają się na formule win-win?

- Na poziomie politycznym relacje są bardzo dobre. Toczymy intensywny dialog polityczny, działa wiele mechanizmów współpracy. W tym sensie są one partnerskie. Choć trzeba też mieć świadomość różnicy naszych potencjałów. Dlatego ważnym wymiarem stosunków polsko-chińskich jest też poziom unijny: jako członek Unii Europejskiej  jesteśmy partnerem o większym „ciężarze gatunkowym”.

W relacjach gospodarczych nasze stosunki nie są już do końca takie partnerskie. Widać to choćby na przykładzie rosnącego polskiego deficytu handlowego  z Chinami.

Niepartnerskie relacje w sferze gospodarczej to zresztą szerszy problem. Także na szczeblu unijnym. W Unii chińskie firmy mają dostęp do przetargów, unijne w Chinach - nie. Chiński rynek jest nadal w znacznym stopniu zamknięty, otoczony licznymi barierami pozataryfowymi.

 


Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2017