Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2012
Autor:  Ireneusz Chojnacki, Patrycja Batóg  |  2011-02-15

Zielony prąd po polsku

Rzeczywistość ostro weryfikuje krajowy system wspierania energetyki odnawialnej. Pod jego parasolem blisko połowa zielonej energii powstaje w prymitywnej technologii współspalania węgla z drewnem. Mnożą się absurdy i niekonsekwencje.

W Polsce produkcja energii ze źródeł odnawialnych wspierana jest przez system zielonych certyfikatów i opłaty zastępczej.

System polega na tym, że wytwórcy produkujący odnawialną energię mają prawo do uzyskania zbywalnego świadectwa pochodzenia energii, właśnie tzw. zielonego certyfikatu, za każdą jednostkę wyprodukowanej energii. W efekcie wytwórca uzyskuje przychody ze sprzedaży energii i certyfikatów. To ma motywować przedsiębiorców do inwestycji w odnawialne źródła energii. W praktyce jednak system działa... bardzo przeciętnie.

Maciej Stryjecki, od lat zajmujący się energetyką odnawialną prezes Fundacji na rzecz Energetyki Zrównoważonej, za kryterium oceny przyjmuje to, w jakiej mierze system przyczynił się do powstania nowych mocy w OZE.

- Co prawda, przyrosty produkcji energii zielonej są, ale połowa tej energii pochodzi ze współspalania, i to nie ze współspalania w nowych instalacjach, tylko w starych, które będą wyłączane - zauważa ekspert.

- Tak naprawdę ten system pobudził tylko inwestycje w energetyce wiatrowej, a i to niewystarczająco dynamicznie.

Do starego kotła

Fakty są nieubłagane. W latach 2005-09 w Polsce produkcja zielonej energii elektrycznej wzrosła z około 3,8 TWh do około 8,6 TWh, a udział prądu wytworzonego w technologii współspalania wzrósł w tej produkcji z około 23 proc. do blisko 50 proc. Pełnych danych za 2010 rok jeszcze nie ma, ale wszystko wskazuje na to, że współspalanie nadal miało się dobrze. Według niepełnych danych zebranych przez Urząd Regulacji Energetyki na początku stycznia 2011 roku, w ubiegłym roku produkcja zielonej energii wyniosła około 8,8 TWh, a w około 46 proc. był to prąd ze współspalania węgla z drewnem.

URE szacuje, że w 2010 roku produkcja z OZE mogła wynieść około 10 TWh.

Eksperci wskazują, że współspalanie się rozwinęło, bo nakłady na przystosowanie kotłów energetycznych do współspalnia są niskie w porównaniu z inwestycjami w inne technologie. Instytut Energetyki Odnawialnej (IEO) podaje, że to ledwie 250 tys. euro na 1 MW, a w Polsce jeszcze mniej, podczas gdy nowoczesna kogeneracja na biomasę to wydatek rzędu 4 mln euro na 1 MW.

- Ale drugim powodem "sukcesu" współspalania było wykorzystanie systemu wsparcia zielonej energii elektrycznej do drenażu biomasy z innych działów gospodarki, w tym z sektora zielonego ciepła, a więc z działów i sektorów, które nie były wspierane dyrektywą 2001/77/WE - uważa Grzegorz Wiśniewski, prezes Instytutu Energetyki Odnawialnej (IEO). - W związku z tym system, zaburzając równowagę na rynkach oraz podnosząc koszty w przemyśle drzewnym, jak również wysysając biomasę z ciepłownictwa oraz trzebiąc lasy z drewna użytkowego (papierówki), mógł się rozwijać bez natrafiania na barierę dostępu do surowców.

Przemysł drzewny w całej Europie ma problemy z energetyką, która wskutek systemów wsparcia oze winduje popyt na drewno i jego ceny. Firmy meblarskie czy papiernicze nie są w stanie konkurować z elektrowniami o drewno. Obowiązujące w Polsce przepisy przewidują, że od 2015 roku udział biomasy leśnej w biomasie wykorzystywanej do spalania w kotłach o mocy powyżej 5 MW ma spaść do zera. Współspalanie wyczerpało limity biomasy leśnej wynikające z obowiązującego prawa przy jednoczesnym wycofaniu się UE ze wsparcia upraw energetycznych, które powodowało wzrost cen żywności. Nie ma już mowy o tym, żeby w ogóle nie spalać drewna.

- Bez produkcji energii z drewna nie będziemy w stanie wyprodukować odpowiedniej ilości energii odnawialnej - przekonuje Bogdan Czemko, dyrektor biura Polskiej Izby Gospodarczej Przemysłu Drzewnego.

- Rozumiemy to, ale chcemy, żeby zmieniane rozporządzenie nie pozwalało na zużywanie na cele energetyczne pełnowartościowego drewna, bo inaczej to byłaby katastrofa gospodarcza dla przemysłu drzewnego.

Polska Izba Biomasy twierdzi, że gdyby energetyka została odcięta od biomasy leśnej, to nie byłoby czym jej zastąpić, bo plantacje agrobiomasy się nie rozwijają. Dopłaty do zakładania tych plantacji się skończyły, a nie ma chętnych do inwestowania w ten biznes.

Departament Energetyki Ministerstwa Gospodarki poinformował nas, że 10 grudnia 2010 roku w czasie konferencji uzgodnieniowej dotyczącej nowego rozporządzenia obejmującego m.in. sprawy współspalania ustalono jednak, iż drewno, które może być wykorzystane w przemyśle drzewnym (drewno pełnowartościowe), zostanie wyłączone z możliwości przeznaczenia go na cele energetyczne. Krytyce współspalania nie ma jednak końca.

- Współspalanie w starych elektrowniach, które zostaną wyłączone z eksploatacji za kilka lat, jest wbrew logice systemu wsparcia, który powinien tworzyć nowe moce w energetyce odnawialnej. Współspalanie to kura, która znosi złote jaja w postaci zielonych certyfikatów, ale są to korzyści dla energetyki konwencjonalnej, a nie dla odnawialnej - uważa Stryjecki.

Kto za to płaci?

Energetyka odnawialna jest dotowana poprzez system zielonych certyfikatów od 2005 roku. Współspalanie kwitnie, ale innego rodzaju produkcja zielonej energii już nie. W latach 2008-10 (dane URE z listopada ub.r.) moce zainstalowane w energetyce odnawialnej w Polsce według danych wzrosły z 1678 MW do 2395 MW, czyli o 717 MW. To umiarkowany wzrost, biorąc pod uwagę koszty wspierania zielonego prądu, które rosną niezależnie od jego faktycznej produkcji.

- W przypadku oze system certyfikacji i opłat zastępczych oznacza, że odbiorcy płacą nie tylko za wyprodukowane ilości energii zielonej, ale także za konieczność wypełnienia obowiązków, które są nałożone na sprzedawców energii - mówi Marek Woszczyk, wiceprezes Urzędu Regulacji Energetyki. - Gdy, tak jak ma to miejsce w Polsce, energii zielonej jest mniej niż wynosi poziom "zielonego" obowiązku, czyli poziom, do jakiego należy umorzyć świadectwa pochodzenia lub wnieść opłatę zastępczą, to faktycznie odbiorcy ponoszą też koszty, które nie odnoszą się jedynie do fizycznie wytworzonej energii.

W 2007 roku koszty wspierania produkcji z oze poniesione przez odbiorców wyniosły poniżej 1,5 mld zł. Rok później już około 2 mld zł, a w 2009 roku około 2,5 mld zł. W latach 2008-09, według danych Agencji Rynku Energii, deficyt zielonej energii wyniósł odpowiednio 1,6 TWh i 1,1 TWh. Sprzedawcy nie mogąc rozliczyć się certyfikatami, płacili opłaty zastępcze. Z ich efektywnym wykorzystaniem nie jest różowo.

Pieniądze z opłat zastępczych i kar nakładanych przez URE trafiają na konto Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW).

W latach 2006-10 wyniosły one blisko 2 mld zł, a z tego około 1,3 mld zł to były opłaty zastępcze oze . Na koniec 2010 fundusz miał na koncie około 1,5 mld zł pieniędzy z opłat i kar z URE. Fundusz ma problemy z ich wykorzystaniem na wspieranie oze.

Postanowił nawet, że z opłat zastępczych w latach 2011-16 około 820 mln zł przeznaczy na wspieranie efektywności energetycznej. To możliwe dzięki zmianom prawa z początku ubiegłego roku.

- Oferujemy nowe instrumenty wspierania rozwoju odnawialnych źródeł energii i bardzo nam zależy na tym, żeby finansować te projekty - tłumaczy Jan Rączka, prezes NFOŚiGW.

- Widzimy jednak, że spośród wielu wniosków, które my zbieramy, stosunkowo niewielka liczba dotyczy inwestycji gotowych do finansowania. Mamy pieniądze, ale nie mamy czego finansować.

NFOŚiGW twierdzi, że program finansowania efektywności energetycznej nie będzie uszczerbkiem dla wsparcia oze, bo z 820 mln zł aż 780 mln zł ma iść na pożyczki, które po spłaceniu będą finansować zielone projekty.

Krytyków obecnego systemu redystrybucji środków z opłat zastępczych taka argumentacja raczej jednak nie przekonuje. To w końcu fundusz sam ustala kryteria naboru projektów do finansowania, a miliony z opłat zastępczych można by efektywniej wykorzystać, wydając je na przykład na dofinansowanie budowy przyłączeń oze do sieci.

- Największym mankamentem obecnego systemu wsparcia produkcji energii z odnawialnych źródeł energii jest jednak to, że nie rozróżnia on nowych inwestycji od starych - uważa Marek Woszczyk. - Prowadzi to do sytuacji, kiedy to w jednakowym stopniu subsydiowana jest produkcja w nowych i starych instalacjach, a zatem nie przyczynia się do inwestowania pozyskanych z tego wsparcia środków w budowę nowych źródeł.

Podpieranie wiatraków

Energetyka odnawialna nie ma wielu zwolenników wśród operatorów systemu dystrybucyjnego i wytwórców. Niestabilne, zależne od zmiennych czynników atmosferycznych źródła, takie jak wiatr czy słońce, w znaczący sposób wpływają na pracę Krajowego Systemu Energetycznego (KSE).

- Oprócz rozwoju źródeł rozproszonych faktycznie istnieje konieczność budowania mocy równoważących system, jego ciągłego ulepszania i modernizowania - ocenia Magdalena Dzięgielewska, analityk rynku energetycznego z Frost & Sullivan.

Fotowoltaika w Polsce to ciągle symboliczne moce, ale wiatraki już nie. Moc zainstalowana farm wiatrowych przekroczyła 1000 MW.

Kwestią czasu jest, kiedy warunkiem dalszego rozwoju energetyki wiatrowej stanie się budowa źródeł rezerwowych. Ile równoważącej mocy potrzeba dla 8000 MW wiatrowej generacji, trudno powiedzieć. Energetyka wiatrowa nie rozwija się równomiernie. Ze względu na warunki wietrzne inwestorzy preferują obszary północnej i południowozachodniej części kraju, gdzie złożono odpowiednio około 60 proc. i 18 proc. wniosków o określenie warunków przyłączenia do sieci elektroenergetycznej. Planowane moce farm wiatrowych na tych obszarach przekraczają możliwości przesyłowe istniejących sieci.

Polskie Towarzystwo Przesyłu i Rozdziału Energii Elektrycznej szacuje, że szczytowe potrzeby klientów w północno-zachodniej Polsce to około 6-7 tys. MW, a jeszcze do niedawna wnioski o wydanie warunków przyłączenia dla źródeł odnawialnych, przede wszystkim wiatrowych, opiewały na północy kraju na około 40 000 MW. Artur Różycki, prezes PTPiREE, ocenił, że aby taką moc przyłączyć, dystrybutorzy musieliby wydać około 4 mld zł, co spowodowałoby wzrost cen dystrybucji na tamtym terenie o 15-20 proc. - Koszty wynikające ze zobowiązań klimatycznych Polski powinni ponosić w jednakowym stopniu wszyscy odbiorcy w kraju - uważa Różycki. - Jeśli nie rozłożymy równomiernie kosztów przyłączenia źródeł odnawialnych, to cena usługi dystrybucji na danym obszarze będzie w znacznym stopniu zdeterminowana "atrakcyjnością wietrzną".

Czas na zmiany

Obecny system wsparcia produkcji energii elektrycznej z odnawialnych źródeł energii nie wytrzymał konfrontacji z rzeczywistością.

Ministerstwo Gospodarki zapowiada jego zmiany. Inwestorzy czekają na szczegóły, ale ciągle jeszcze niewiele wiadomo ponad to, że w przyszłości poziom wsparcia zależeć ma od rodzaju technologii, jej wieku i wielkości instalacji. Regulator i przedsiębiorcy mają już konkretne postulaty.

W przypadku energetyki odnawialnej wartość opłaty zastępczej stale rośnie, bo zgodnie z prawem jest ona waloryzowana co roku o wartość wskaźnika inflacji. To wyjątkowa sytuacja, bo opłaty zastępcze stosowane w przypadku produkcji energii elektrycznej w kogeneracji z gazu, węgla i metanu URE ustala w granicach określonych prawem, a przy tym przede wszystkim zależnie od poziomu cen energii elektrycznej.

- W energetyce odnawialnej wartość opłaty zastępczej nie zależy od rynkowej ceny energii elektrycznej. Moim zdaniem, warto rozważyć zmianę tej sytuacji - mówi wiceprezes URE Marek Woszczyk.

- Uważam, że zmiany systemu wsparcia dla odnawialnych źródeł energii powinny uwzględniać w szczególności różnice w zastosowanej technologii - mówi Artur Zdybicki, prezes Polenergii. - Nie można używać jednej miary do farm wiatrowych o rocznej produktywności około 2300 h oraz biogazowi z 8000 h. Ustawodawca w celu zagwarantowania zrównoważonego wzrostu wszystkich technologii OZE powinien ustalić takie przychody dla każdej technologii, które zapewnią porównywalny zwrot z inwestycji.

Eksperci nie wykluczają, że obecny system certyfikatów i opłat zastępczych może zostać zastąpiony systemem cen gwarantowanych. Ale czy to byłoby dobre rozwiązanie?

- Ze strony rządu docierają różne informacje, raz że będzie system stałych cen, raz że nie będzie. Trudno uzyskać odpowiedź na pytanie, dlaczego miałoby być tak, a nie inaczej - zauważa prezes Grzegorz Wiśniewski, prezes Instytutu Energetyki Odnawialnej.

- Jasnej koncepcji w tej sprawie nie ma, są natomiast podszepty różnych grup interesów.

W związku z tym pytanie można postawić inaczej: czy system stałych cen, nawet malejących z czasem, ale prawnie określonych, jest nam potrzebny. Sądzę, że tak, bo obecny system, choć skomplikowany sam w sobie, jest jednak wygodniejszy dla OZE większych mocy. Ale konsumenci energii wcale nie korzystają z niższych kosztów z powodu efektu skali, a koszty systemowe rosną wraz ze skalą źródeł.Instytut Energetyki Odnawialnej uważa, że przesunięcie strumienia biomasy z ciepłownictwa do współspalania, czemu służą dotychczasowe, a w jeszcze większym stopniu planowane przepisy, powoduje prawie trzykrotne zwiększenie zapotrzebowania na deficytową biomasę i podobny wzrost kosztów wdrożenia dyrektywy promującej oze. IEO podaje, że zielone ciepło z biomasy jako równoważna forma wypełnienia celu dyrektywy jest bowiem z punktu widzenia konsumentów około trzykrotnie tańsze niż współspalanie.

Ministerstwo Gospodarki rozkłada ręce, tłumacząc, że nie stać nas na rozwój geotermii, że energetyka wiatrowa jest niestabilna, a sieci niedostosowane do jej przyłączania, oraz że aby wykonać przyjęte zobowiązanie osiągnięcia 15 proc. udziału energii odnawialnej w jej finalnym zużyciu w 2020 roku, nie ma innego wyjścia, jak zwiększyć możliwości współspalania drewna.

- Ja nawet rozumiem tę argumentację, ale to oznacza, że jako kraj przyjęliśmy zobowiązania bez świadomości konsekwencji ich realizacji - uważa Andrzej Zientarski, dyrektor ds. rozwoju w Pfleiderer Grajewo.

Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2012