Menu

wnp.pl - portal gospodarczy

Szukaj

Prezes Spomleku: W Moskwie byliśmy bardziej znani niż w Warszawie

Jakub Prokop • 10-05-2018 20:00
Prezes Spomleku: W Moskwie byliśmy bardziej znani niż w Warszawie

Polskie marki nie są powszechnie znane. Nazwanie ich globalnymi byłoby objawem megalomanii - uważa prezes spółdzielni mleczarskiej Spomlek Edward Bajko.

Fot. PTWP

- Moim zdaniem jedyny realny rynek konsumencki, gdzie istniała bardzo silna polska marka, to rynek rosyjski. Cała polska żywność miała to, o czym możemy tylko marzyć w innych krajach świata. Marka "z Polski" oznaczała jakość - wspomina w rozmowie z WNP.PL prezes spółdzielni mleczarskiej Spomlek Edward Bajko.

  • Spomlek eksportuje polski nabiał do wielu krajów na wszystkich kontynentach świata.
  • Niestety, zdaniem Edwarda Bajki polska żywność nie ma silnej marki, którą moglibyśmy się pochwalić na świecie.
  • Jedynym rynkiem prawdziwie intratnym dla produktów spożywczych "made in Poland" była Rosja - do czasu embargo.
Do jakich krajów eksportujecie?

Edward Bajko, prezes spółdzielni mleczarskiej Spomlek: - Do bardzo wielu. Klientów biznesowych na proszki, koncentraty białek i tzw. permeat mamy w Europie, Chinach, Wietnamie. Właściwie na całym świecie poza Australią, Nową Zelandią i USA, bo te kraje same eksportują, a ciężko wozić drewno do lasu.

Sery także sprzedajemy do wielu krajów, a szczególne miejsce zajmuje Dania. Tam wprowadziliśmy z sukcesem sery pod naszą marką Bursztyn do jednej z większych sieci. Nie jest to żaden produkt no-name, tylko polski ser cieszący się bardzo dużym powodzeniem.

W pozostałych krajach właściwie też nie sprzedajemy serów no-name, może poza Kubą, która jest ciągle specyficznym rynkiem. Działamy więc trochę inaczej niż duża część firm mleczarskich. Co ważne, sery naszych marek sprzedajemy nie tylko Polonii. Owszem, w Wielkiej Brytanii czy USA naszymi klientami są głównie skupiska polonijne, ale we wspomnianej Danii już nie.

To brzmi jak biznes o prawdziwie globalnym zasięgu

- Globalny zasięg tak, ale nie globalna marka. Polskie marki nie są powszechnie znane. Nazwanie ich globalnymi byłoby objawem megalomanii. Przeciwnie - na chińskim rynku zdarzyła się próba sprzedaży polskiego mleka UHT pod marką udającą mleko niemieckie. Z biznesowego punktu widzenia, zwłaszcza krótkookresowo, taka decyzja jest racjonalna, bo Chińczycy ogólnie cenią europejskie produkty, ale niemieckie widocznie bardziej. To dowód na to, że powszechnej, pozytywnie odbieranej marki "made in Poland" po prostu nie ma.

Czasem czytam artykuły, w których ekscytujemy się, że właśnie wyeksportowano kilkaset tysięcy lub nawet kilka milionów litrów mleka UHT, ale ta skala, biorąc pod uwagę wielkość rynku, jest żadna. Więcej tu propagandy niż rzeczywistych sukcesów.

A co z bliższymi krajami? Możemy się pochwalić ekologicznymi uprawami, agrobiznesem?

- Prawdziwie ekologiczna polska produkcja to kompletny margines produkcji rolnej. Większość przetwórców chwali się w materiałach marketingowych, że pozyskuje surowiec z ekologicznych terenów, ale Polska przecież nie jest już krajem nieuprzemysłowionym. Nie jest też tak postrzegana na świecie. Staramy się, i słusznie, żeby Polska miała wizerunek kraju rozwiniętego, więc nie oczekujmy, że ktoś uwierzy w szczęśliwe krówki pasące się na polskiej ukwieconej łące i dojone ręcznie przez jasnowłose Słowianki.

Polskie produkty, w tym nasze, najczęściej są na półkach zachodnich sklepów pod markami międzynarodowych sieci handlowych. Można kupić polskie produkty mleczarskie w wielu europejskich krajach pod marką np. Lidla i można się doczytać, że produkt jest z Polski, ale nie jest to ani specjalnie akcentowane, ani odbierane przez konsumentów jako dodatkowy atut.

Moim zdaniem jedyny realny rynek konsumencki, gdzie istniała bardzo silna polska marka. to rynek rosyjski. Do czasu embarga polska żywność w rosyjskich miastach miała potężną markę. Nasze sery długo dojrzewające, a szczególnie sztandarowa marka Radamer były bardziej popularne i cenione w Moskwie niż w Warszawie. Dowodem jest m.in. to, że do tej pory pojawiają się podróbki naszych serów pod nazwą Radomir lub podobne. Chodzi tu nie tylko o nasz ser. Cała polska żywność - mięso, jabłka, nabiał - miała to, o czym możemy tylko marzyć w innych krajach świata. Marka "z Polski" oznaczała jakość. Niestety embargo wszystko załamało. Na Białorusi i Ukrainie też mamy silną markę, ale to oczywiście mniejsze rynki. Rosji strasznie szkoda.

Denerwuję się, kiedy czytam albo słucham polityków, kiedy ci mówią, że Polacy świetnie dali sobie radę i znaleźli inne rynki. Co innego mieliśmy zrobić? Musieliśmy to sprzedać za ile się da i komu się da. To ogromna różnica, bo teraz sprzedajemy jako no-name, a w Rosji sprzedawaliśmy jako polska marka. To absolutnie niepowetowana strata. Z tego, co sprzedawaliśmy na rynku rosyjskim, lwią część ulokowaliśmy na polskim rynku zabierając półkę konkurencji, ale część musieliśmy wyeksportować na inne rynki, nie oglądając się na ceny.

Obecnie nadwyżka produkcji nad konsumpcją mleka w Polsce wznosi ok. 30 proc. W efekcie 3 mld litrów mleka trzeba wyeksportować. Po prostu musimy to zrobić. Oczywiście, że eksport rośnie, bo musi. Choćbym miał oddać za półdarmo, to muszę to zrobić, bo co innego mam z tym zrobić? Ekscytowanie się wielkością eksportu bez oglądania się na jego opłacalność jest spojrzeniem politycznym, a nie biznesowym.

Da się jakoś zawalczyć o nowe, dobre rynki?

- To jest odwieczny problem, przynajmniej na rynku żywności. Jak to zrobić, żeby polska żywność miała silną markę, ale nie w naszych marzeniach, tylko autentycznie? Niestety nie ma w Polsce żadnego podmiotu - wliczając Mlekowitę czy Mlekpol - tak silnego, że byłby w stanie wydać ogromne pieniądze na konsekwentną, długofalową, wieloletnią promocję swojego produktu na dojrzałych rynkach.

Owszem, są pieniądze na promocję Polski, ale te pieniądze publiczne nie mogą promować żadnej konkretnej marki. Mogą promować "polską żywność", co marketingowo nie może być skuteczne. Co to właściwie znaczy "polska żywność"? Konsument chce wiedzieć, który konkretnie produkt jest dobry - ta kiełbasa czy tamta? Bo przecież nie wszystkie polskie kiełbasy są dobre. Włosi najpierw wypromowali na świecie konkretny Parmezan i to on teraz "ciągnie" postrzeganą jakość wszystkich włoskich serów.

Poza tym rynki Europy Zachodniej są bardzo dojrzałe. Tam wykreowanie nowej marki oznacza naprawdę ogromne pieniądze i ogromne ryzyko.

Od jakiegoś czasu w Polsce jest trochę produktów Müllera. Ten niemiecki producent wyłożył w Polsce ogromne pieniądze na promocję, najwięcej ok. trzech lat temu. Myślę, że było to ok. 300 mln zł. I nie odnieśli sukcesu. Ich mleka smakowe i jogurty są w dużych sieciach, ale nie można tego nazwać spektakularnym sukcesem. Müller nie jest w Polsce silną marką. Może m.in. dlatego, że w Polsce nazwa nie najlepiej się kojarzy.

Jestem daleki od optymizmu i nadziei, że w najbliższych latach uda się zrobić z polskiej żywności silną markę.

Jak Wam się udało wyjść na zagraniczne rynki?

- Po raz pierwszy wyszliśmy za granicę jeszcze za komuny. Wtedy do eksportu dopuszczał Centralny Inspektorat Standaryzacji, ale to był inny świat. Istniała jedna centrala handlu zagranicznego artykułami mleczarskimi, a mleczarnie po prostu dostarczały towar. Natomiast pierwsze samodzielne kontrakty pojawiły się już w 1989 r., kiedy zaczęła się gospodarka wolnorynkowa.

To nie brzmi, jakby sprzedaż za granicą była bardzo trudna

- Sprzedać można wszystko. Trudność polega na tym, żeby sprzedawać drogo, a przynajmniej nie taniej niż niemiecka czy holenderska konkurencja. Bo jeśli ktoś agresywnie walczy ceną, to zawsze sprzeda.

Sztuką jest sprzedać po normalnej cenie. A żeby to się udało, trzeba sprzedawać towar markowy. W B2B polskie mleczarstwo operuje na normalnych cenach światowych, ale to dotyczy głównie proszków mlecznych, masła w blokach i innych towarów masowych. Natomiast jeśli chodzi o wejście na półkę sklepową z towarem made in Poland to nie mamy sukcesów i chyba długo nie będziemy mieć. Po pierwsze z braku pieniędzy, a po drugie musielibyśmy najpierw przekonać konsumenta, że polski jogurt jest lepszy od jogurtu niemieckiego. Ale na jakiej zasadzie? Zostaje więc cena. Z kolei jeśli ta będzie bardzo "atrakcyjna", to Niemiec znów pomyśli, że za taką cenę sprzedaje się tylko totalne badziewie.

Brzmi jak pesymizm

- Bardziej realizm niż pesymizm. Politycy roztaczają różne wizje i nadzieje, a ja nie muszę, bo nie jestem politykiem, tylko praktykiem branży mleczarskiej od ponad trzydziestu lat.

Nie widzę potwierdzenia tego "realizmu" w waszych wynikach finansowych. Są niezłe

- W mleczarstwie, a zwłaszcza w spółdzielczości, wynik finansowy koniecznie wymaga komentarza. Wynik zależy od tego, ile spółdzielnia zapłaciła za mleko swoim właścicielom, czyli rolnikom. Jeśli ja chcę, żeby ci rolnicy, którzy są moimi pracodawcami, mieli satysfakcję i dobrą cenę, to ten zysk pojawia się u nich, a nie u mnie.

W trudnych latach mleczarnie płacą nawet za dużo za mleko, ale przecież płacą swoim właścicielom. Notują straty, żeby gospodarstwa mogły normalnie funkcjonować. Sytuacja, kiedy zarówno mleczarnie mają dobre zyski, jak i jest dobra cena za mleko, zdarza się tylko przy dobrej koniunkturze. Generalnie branża jedzie na niskiej rentowności rzędu 1,5 do 2 proc. Jeżeli jest wyższa, to już jest bardzo dobrym wynikiem. Po części dlatego, że zyski są transferowane do rolników, a ja muszę pamiętać, że jestem tylko facetem wynajętym do zarządzania ich majątkiem.

Skoro eksport pana zdaniem nie jest ważny, to co jest? Z czego branża mogłaby się ucieszyć?

- Eksport jest arcyważny, bo jest po prostu konieczny, ale prawdziwym sukcesem branży byłby wzrost konsumpcji przetworów mlecznych w Polsce pokrywany naszymi produktami. Myślę, że stać nas na to, żeby dominującą rolę utrzymały produkty polskie. I to nawet nie z patriotycznych pobudek, ale dlatego, że są lepsze.

Najlepiej by było, gdyby wzrost konsumpcji był skorelowany za wzrostem produkcji mleka. A jeśli wzrost produkcji jest większy albo import jest większy, to jest konieczność wyeksportowania większej ilość towaru na zewnątrz. A jeśli jest presja na sprzedaż, to trzeba się ugiąć i godzić się na niższe ceny. Nie ma innego wyjścia.

Co decyduje o waszych cenach?

- Jesteśmy częścią globalnego rynku mleczarskiego. Jakie ceny są na świecie, takie są i w Polsce. W tej branży jest duża ekspozycja na świat. Mleczarze obserwują głównie notowania na jedynej globalnej giełdzie, Global Dairy Trade w Nowej Zelandii. Co się dzieje z tamtejszymi cenami, za chwilę będzie się działo na całym świecie, również i w Polsce. Koniunktura naszego rynku nas i kondycja naszych gospodarstw będzie podobna, jak kondycja holenderskiego, niemieckiego, amerykańskiego, nowozelandzkiego rolnika i mleczarni.

W jakie rozwiązania biznesowe inwestujecie?

- Pięć lat temu wdrożyliśmy Impuls EVO. Wcześniej mieliśmy już system klasy ERP, ale przestał być wspierany przez producenta i siłą rzeczy się zestarzał. Warto było zainwestować. Dzisiaj chyba nikt w firmie nie wyobraża sobie funkcjonowania bez Impulsa, chociaż wiem, że część mleczarni nie jeszcze żadnego systemu klasy ERP.
  • Australia

    Przelicz walutę
  • dolar (AUD)

  • 2,734 złoty (PLN)

    0,636 EUR, 0,751 USD
  • Białoruś

    Przelicz walutę
  • rubel (BYN)

  • 1,809 złoty (PLN)

    0,421 EUR, 0,497 USD
  • Chiny

    Przelicz walutę
  • yuan (CNY)

  • 0,571 złoty (PLN)

    0,133 EUR, 0,157 USD
  • Dania

    Przelicz walutę
  • korona (DKK)

  • 0,577 złoty (PLN)

    0,134 EUR, 0,159 USD
  • Nowa Zelandia

    Przelicz walutę
  • dolar (NZD)

  • 2,513 złoty (PLN)

    0,585 EUR, 0,691 USD
  • Rosja

    Przelicz walutę
  • rubel (RUB)

  • 0,059 złoty (PLN)

    0,014 EUR, 0,016 USD
  • Stany Zjednoczone

    Przelicz walutę
  • dolar (USD)

  • 3,639 złoty (PLN)

    0,847 EUR, 1 USD
  • Ukraina

    Przelicz walutę
  • hrywna (UAH)

  • 0,139 złoty (PLN)

    0,032 EUR, 0,038 USD

Kalkulator walutowy

  • Przelicz na:

  • Kurs z dnia: