PARTNERZY PORTALU

O czym myślą Europejczycy? Jerzy Buzek ma jasną odpowiedź

O czym myślą Europejczycy? Jerzy Buzek ma jasną odpowiedź
Michał Oleksy
  • Ten tekst jest częścią STREFY PREMIUM WNP.PL
  • Zbigniew Konarski
    Zbigniew Konarski
  • Dodano: 15-10-2021 13:06

Świat znów znalazł się na bardzo ostrym wirażu. Europejczycy próbują odnaleźć się w niestabilnym, budzącym obawy otoczeniu. Z prof. Jerzym Buzkiem, europarlamentarzystą, przewodniczącym Rady Europejskiego Kongresu Gospodarczego, próbujemy spojrzeć na wydarzenia, trendy i zjawiska z szerszej perspektywy – otwartej w kierunku przyszłości. Wywiad pochodzi z magazynu "Nowy Przemysł".

Zbigniew Konarski: Od stu lat napędzający historię antagonizm Wschodu z Zachodem zmienia wektor: wchodzimy w globalny konflikt Południa z Północą. To kwestia dekad, lat, a może tylko miesięcy, ale nie unikniemy narastających w realiach kryzysu klimatycznego nierówności ekonomicznych, konfliktów politycznych i kulturowych, konfrontacji głodnych z sytymi. Filozofia „nasza chata z kraja” to już nieodwołalnie przeszłość. Nie pytam jednak, czy Północ poradzi sobie z Południem. Nie pytam, jak zatrzasnąć drzwi – pytam, jak je otworzyć?

Jerzy Buzek: To pytanie jest bardzo zasadne. Zacznę od najmniejszej skali. Chcemy mieszkać w zamkniętych osiedlach, do których nie będą mieli wstępu obcy. Żyjąc w ten sposób, nie wiemy, co dzieje się na zewnątrz: kto cierpi, kto potrzebuje wsparcia. Czy musimy się aż tak zamykać, aby czuć się bezpiecznie?

W większej skali to zamknięcie widzimy w naszym stosunku do uchodźców, mamy właśnie przykład na naszej wschodniej granicy. Naprawdę nie możemy tym, którzy marzną, mokną i chorują pod gołym niebem udzielić wsparcia? Mieszkańców chrześcijańskiego kraju, okrutnie doświadczonego wojnami w przeszłości, nie stać na ludzki gest? To nie do zaakceptowania. 

Pyta pan, jak otworzyć drzwi… To, że jesteśmy tak bardzo zamknięci na innych, stanowi bodaj najbardziej okrutne dziedzictwo komunizmu: ów syndrom zamknięcia, lęku przed obcymi, odcięcie się od różnorodności. Wielu z nas do dzisiaj nosi w sercu „żelazną kurtynę”. I każdy sam musi chcieć sięgnąć po klucz do kłódki. 

Ale przecież owo zamknięcie nie dotyczy tylko naszej części Europy, lecz całego kontynentu. Europa Zachodnia, jak mówi premier polskiego rządu, sprzyja naszym izolacjonistycznym działaniom…  

JB W ciągu ostatniej dekady Europa przyjęła miliony uchodźców. Pamiętamy, co działo się i dzieje na Morzu Śródziemnym. Mają z tym problem Włosi, Grecy, Hiszpanie. Ogrom uchodźców przyjęli do siebie Niemcy, ale też inne kraje. My nie wykonaliśmy żadnego gestu, by im pomóc, by poczuli naszą solidarność. A przecież chlubimy się tym, że solidarność jest naszym narodowym hasłem. Co więcej, sami solidarności od Unii wymagamy – i słusznie.           

Jak można przeczytać w raporcie Fundacji Batorego: „podstawową funkcją Unii przestaje być odpowiedź na wewnętrzne problemy Europy – zapewnienie pokoju, jednoczenie kontynentu, pojednanie, a staje się nią poszukiwanie odpowiedzi na wyzwania przychodzące z zewnątrz – zmiany klimatyczne, konfrontacja geopolityczna, pandemia, niekontrolowane migracje”. Unię stać na taką przemianę? 

JB Unia przeszła już niejeden kryzys i na razie, z każdego wychodziła silniejsza. Spójrzmy chociażby na ostatni, wywołany pandemią koronawirusa. Mimo formalnego braku uprawnień w kwestiach zdrowia, Unia zorganizowała sprzęt medyczny, szczepionki i doraźną pomoc finansową dla wielu sektorów. Mało tego, działała dalekowzrocznie – położyła na stole Europejski Zielony Ład – obliczony na kilka dekad program prawdziwego rozwoju. A co najważniejsze: do unijnego budżetu dołożyła niemal drugie tyle środków Funduszu Odbudowy „Nowe Pokolenie UE”, aby dać impuls do wychodzenia z kryzysu, sfinansowania Europejskiego Zielonego Ładu i Programu Cyfrowa Europa. 

Czy Unia jest gotowa na transformację? Zapytam inaczej: czy nasz rząd jest gotowy, by – zgodnie z polską racją stanu – Unię wzmacniać, aktywnie, dalekowzrocznie i odpowiedzialnie kształtować kierunek jej działań? 

Żeby zrealizować ów wielki, ponadpokoleniowy plan przemian, potrzeba powszechnej solidarności, porozumienia, lojalności. Tymczasem nie brak przykładów państwowego partykularyzmu, populizmu i autorytarnych aberracji. Gaz jednak popłynie nową, podmorską rurą z Rosji do Niemiec… Tak w ogóle Unia nie wypracowała dotąd wspólnej polityki zapewniającej bezpieczeństwo energetyczne. A przecież właśnie między innymi po to jest!

JB Zdecydowanie się tutaj nie zgadzam: mamy wdrożone wszystkie rozwiązania Unii Energetycznej! TSUE wydał orzeczenie, że solidarność energetyczna ma w Traktacie wymiar prawny i stąd obowiązek jej stosowania. Chodzi teraz o to, aby państwa członkowskie nie przeczyły regułom, na które same się zgodziły. 

Każdy ma swoje grzechy na sumieniu, choć chętnie pokazuje palcem innych. Jedni wykazują skrajną chciwość – jak przy Nord Stream 2, inni rozsadzają unijną jedność, łamiąc zasady praworządności, trójpodziału władzy i unijny system wartości. Wszyscy robią przy tym miny niewiniątek. Widziałem to już dekadę temu, gdy jako przewodniczący Parlamentu Europejskiego otwierałem posiedzenia Rady Europejskiej. To właśnie Rada – zgromadzenie premierów i prezydentów – jest nosicielką narodowych partykularyzmów; a nie Parlament czy Komisja Europejska – ta druga często kojarzona ze „złą Brukselą”.

Jeśli chodzi o Nord Stream 2: jego wybudowanie jeszcze nie oznacza, że popłynie nim gaz. Musi działać zgodnie z prawem, czyli z Dyrektywą gazową, nad rewizją której pracowałem w Parlamencie i która objęła NS2 regułami Trzeciego pakietu energetycznego. Gazprom, który ma oddać połowę przepustowości rurociągu innym dostawcom, straci znaczącą część zysków. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby ten rurociąg w ogóle nie powstał. Niemniej Unia skutecznie stępiła jego ostrze, tak jak to już się zdarzyło w przypadku rurociągu Opal. Bez unijnych zapisów NS2 byłby bronią – dosłownie – w rękach Władimira Putina.

Według Eurobarometru, ze stanu demokracji zadowolonych jest 55 proc. mieszkańców Unii. Chyba należałoby powiedzieć: „tylko” 55 proc... W Polsce jest jeszcze gorzej – dokładnie: o 10 punktów procentowych gorzej. Właściwie, dlaczego tak jest?  

JB Żadna instytucja na świecie nie ma stuprocentowego poparcia. Nawet straż pożarna. Unia musi godzić sprzeczne czasem interesy aż 27 krajów członkowskich, ambicje i nadzieje z krańców kontynentu. Demokracja w ogóle jest trudnym, wymagającym systemem. Niszczy ją jednak nie tyle wola tyranów, co bierność obywateli. Lecz nic lepszego od demokracji nie wymyśliliśmy. Dała nam pokój na długie dekady, stoi na straży wolności i praw człowieka, niesie ze sobą nadzieję.  

Teraz dobra i zła wiadomość. Ta dobra: Unii Europejskiej ufa połowa Polaków. To mniej więcej średnia unijna. A zła: w 2021 roku owe mniej więcej 50 proc. to w skali 27 państw wzrost, a w Polsce dość znaczący spadek… 

JB Odpowiedź na to pytanie wydaje się dość oczywista: z ust rządzących czy w mediach, tak zwanych publicznych, nie słyszymy o korzyściach płynących z członkostwa. W TVP, która dociera pod dachy niemal wszystkich polskich domów, co rusz padają takie słowa jak „kolonializm”, „dominacja”, „ideologia”, „wtrącanie się”, „dyktat”. A ludzie zwykle kierują się tym, co mówią rządzący; więc nie ma się czemu dziwić. Choćby sprawa euro – jeszcze niedawno jego przyjęcie było raczej akceptowane, dziś jest zupełnie inaczej. Na szczęście większość Polaków wciąż dostrzega w naszej obecności w Unii dużą wartość.

No to w związku z tym, co powiedziałem przed chwilą, jeszcze zaskakująca wiadomość: około 70 proc. Polaków – to także Eurobarometr – postrzega siebie samych jako obywateli Unii Europejskiej. Wygląda na to, że my jej może i nie kochamy płomienną miłością, ale też nie wyobrażamy sobie bez niej życia. Ot, tak jak w przeciętnym małżeństwie po 20 latach. Skąd bierze się ta ambiwalentność w stosunku Polaków do Unii? 

JB Z jednej strony rządzący zniechęcają nas do Unii, ale to w niej ulokowane są przecież nasze ambicje: przedsiębiorców i rolników mających dostęp do unijnego rynku, młodzieży otwartej na świat, zdobywanie wiedzy i podróże. Naszą ambicją jest być Polakiem i obywatelem Unii. 

Jeszcze kilka lat temu pozytywny stosunek Polaków do UE sięgał 80, nawet 90 proc. Jednak wroga retoryka zaczyna kiełkować. Dzisiaj musimy usilnie pracować – my wszyscy odpowiedzialnie myślący o Polsce – żeby nie skończyło się tak, jak na Wyspach Brytyjskich. Tam też się przecież zaczęło od marudzenia; od narzekania na urzędników europejskich, na krzywiznę banana, na dyktat brukselski. Nasi rządzący i podległe im media idą o wiele dalej, kreując atmosferę wrogości. To skrajnie nieodpowiedzialne.

Tymczasem Polacy i tak prawie dwa razy bardziej ufają Unii niż własnemu rządowi i parlamentowi. Wielu postrzega ją jako instytucję, która powinna chronić przed rodzimymi, politycznymi ekstremizmami. Słusznie? 

JB Tu ujawnia się podstawowe nieporozumienie w kwestii tego, czym jest Unia. To nie jest zewnętrzny, obcy nam twór, który ukarze albo ochroni. Unia to my! Głosując na partie antyunijne, osłabiamy Unię od środka, więc nie oczekujmy cudów. W języku angielskim jest takie powiedzenie: „Bóg pomaga tym, którzy sami sobie chcą pomóc.” Dbanie o jakość rodzimej demokracji i sygnalizowanie władzy – przy urnach wyborczych, w sondażach, gdy trzeba także na marszach i wiecach – tego, że nam, obywatelom, zależy na silnej Unii Europejskiej – to nasza moc sprawcza, to rodzaj obywatelskiej odpowiedzialności. Bo silna, nietargana wewnętrznymi konfliktami Unia jest najlepszą polisą ubezpieczeniową dla Polski.

Teraz o bliskiej panu idei europejskiego, wspólnego rynku energii. Jak ma się do niej wizja budowy węgiersko-polsko-rosyjskiej elektrowni atomowej w Kaliningradzie? I co, w związku z powyższym, z koncepcją zsynchronizowania poprzez Polskę sieci elektroenergetycznych państw bałtyckich z Unią Europejską?

JB Ta elektrownia ma się nijak do idei europejskiego wolnego rynku energii. Bo Rosja nie tylko nie jest jego częścią, ale przede wszystkim wielokrotnie udowadniała, że nie potrafi lub nie chce grać według jego reguł. W ciągu ostatnich 25 lat Polska uczyniła wielki wysiłek, by zmniejszyć swoje uzależnienie od monopolistycznych dostaw rosyjskiego gazu. Sam włożyłem w to wiele pracy jako premier, choćby podpisując kontrakt na gaz norweski, który potem lewicowy rząd unieważnił. Także jako europoseł – budując Unię Energetyczną, pracując nad dyrektywą gazową dotyczącą też Nord Stream 2. Wspieramy Litwinów w ich protestach wobec budowanej przez Rosjan, właściwie bez żadnej kontroli międzynarodowej w Ostrowcu na Białorusi, elektrowni atomowej. Nie po to robimy to wszystko, by nagle uzależniać się od rosyjskiego atomu. Nie wiem, czy ten projekt ma biznesowe uzasadnienie – geopolitycznie jest nie do obrony. 

Co do synchronizacji z Unią systemu energetycznego krajów bałtyckich, na co zresztą otrzymaliśmy z Unii setki milionów euro: jak najszybsze jej przeprowadzenie byłoby najlepszym gwarantem tego, że rozmowa o jakimkolwiek energetycznym zaangażowaniu Polski w Kaliningradzie stanie się bezprzedmiotowa.      

Jeszcze o tym, co myślą Polacy: zdaniem 47 proc. naszych rodaków, priorytetem Europejskiego Zielonego Ładu powinno być rozwijanie energii ze źródeł odnawialnych. Średnia unijna to tutaj 52 proc., więc właściwie nie odbiegamy od normy. Do tego w raporcie Agencji Rozwoju Przemysłu czytamy, że 41 proc. rodaków uważa, iż przejście na źródła odnawialne powinno odbyć się jak najszybciej i – uwaga – godzi się na wysokie koszty transformacji energetycznej. A tylko 3 proc. Polaków jest zdania, że powinniśmy pozostać możliwie długo przy węglu, płacąc coraz wyższe kary za emisję zanieczyszczeń. Satysfakcjonują pana takie dane?  

JB Jeśli chodzi o opinie ludzi – jak najbardziej. Mamy dziś niezły punkt wyjścia do przeprowadzenia ważnej i rozważnej transformacji energetycznej kraju. 

Pod koniec lat 90. mój rząd przeprowadzał reformę górnictwa. O ile robiliśmy to w pełnym dialogu i porozumieniu z samymi górnikami, o tyle mogliśmy tylko marzyć o takim poziomie ogólnej społecznej świadomości, zrozumienia i poparcia dla podejmowanych przez nas trudnych, choć koniecznych wtedy, działań.

Ale proszę pamiętać: Europejski Zielony Ład to nie tylko energetyka. To także innowacyjne rozwiązania dla przemysłu, bezemisyjny transport, nowe technologie w rolnictwie i w budownictwie. To także cywilizacyjna zmiana stylu życia. Mamy zatem do czynienia z dalekosiężnym, gigantycznym programem uczynienia z Europy kontynentu zrównoważonego gospodarczo, społecznie i środowiskowo. Musimy pogodzić wygodę i bezpieczeństwo życia z regułami Zielonego Ładu. 

Tak szczerze mówiąc: z neutralnością klimatyczną bardziej kojarzy mi się słowo „konieczność” niż „komfort”. Teraz rzucę zaklęcie: „Fit for 55”. To pakiet projektów reform prowadzących do osiągnięcia przez Unię Europejską neutralności klimatycznej… Głównym narzędziem służącym redukowaniu emisji ma być Europejski System Handlu Emisjami z malejącym górnym limitem puli certyfikatów. Odrębny system ETS ma objąć sektor mieszkaniowy i transport drogowy. Za 15 lat wszystkie samochody sprzedawane w Unii mają być bezemisyjne. Do końca tej dekady mamy posadzić 3 mld drzew. Przecież to niewykonalne –  i to nie tylko w Polsce…

JB To bardzo ambitny program. Odpowiadam tu tym, którzy chcieli ograniczenia emisji o 70 proc. w ciągu najbliższej dekady, wobec obowiązujących 55. Oczywiście „europejskie 55 proc.” nie uratuje planety. Lecz jeśli Europa nie da przykładu i – co więcej – nie wygra na tym, wprowadzając nowe technologie, odnawialne źródła energii, zasady gospodarki obiegu zamkniętego i nowy, atrakcyjny model życia – to nikt nie podejmie tego wysiłku. A wtedy przegramy wszyscy. Nie można do tego dopuścić i to wielkie zadanie także dla rządu.

Na szczycie Rady Europejskiej w grudniu 2020 r. polski rząd również poparł podniesienie celu na 2030 r. do 55 proc. To dobrze. Źle jednak, że wbrew obietnicom, nie zadbał o odpowiednie rekompensaty dla energetyki i ciepłownictwa, przemysłu i MŚP na przykład w systemie ETS. Jak to robić skutecznie, pokazał w 2014 r. rząd PO-PSL, gdy zgadzał się na cel 40 proc. do 2030 r. To wtedy Polska została największym beneficjentem Funduszu Modernizacyjnego.

Pakiet „Fit for 55” jest na razie propozycją. Nad jego ostatecznym kształtem będziemy teraz pracować w Parlamencie Europejskim. Dołożymy starań, aby zapisy legis­lacyjne naprawdę uwzględniały specyfikę i potrzeby polskiej gospodarki oraz w pełni realizowały założenia sprawiedliwej i solidarnej transformacji energetycznej.

Trochę ponarzekaliśmy przez kilka chwil; więc zmieńmy kurs. Co może być naszym polskim wkładem w Zielony Ład? Czyli mówimy: owszem, mamy problem z węglem, ale…. Czy tym „ale” może być innowacyjność, potencjał naukowy; może perowskity?

JB Wierzę wręcz, że takich hitów może być dużo więcej! Widzę to choćby od lat na European Start-up Days w ramach naszego Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach: mamy w Polsce ogromny potencjał w rozwoju technologii czy produktów, które mogą pomóc w walce ze zmianami klimatu i świetnie wpisują się w strategię Europejskiego Zielonego Ładu: dachy solarne, biodegradowalne naczynia i ekologiczne opakowania, aplikacje do badania jakości powietrza, innowacyjne metody oczyszczania rzek. To wszystko już dziś, będąc „made in Poland”, znajduje światowe uznanie. 

Wszystko to cieszy mnie z dwóch powodów. Po pierwsze: udowadnia, że do Zielonego Ładu możemy podchodzić nie tylko jak do wielkiego wyzwania, ale także jak do równie wielkiej szansy na podbijanie globalnych rynków. Po drugie: wbrew temu, co czasem słychać w debacie publicznej, transformacja energetyczna wcale nie musi oznaczać importu zagranicznych technologii. Wprost przeciwnie – możemy i powinniś­my być ich twórcami.

Jeszcze raz zerknę do danych Eurobarometru. Proszę posłuchać: 63 proc. z nas określa sytuację polskiej gospodarki jako „złą”, a tylko 34 uważa ją za „dobrą”. Tymczasem obiektywne liczby dowodzą, że pandemię zniosła ona stosunkowo dobrze. Już nawet pomijając ten dysonans: mamy jakiś polski patent na międzynarodowe kryzysy gospodarcze? No bo przypomnijmy: to w końcu my byliśmy tą słynną „zieloną wyspą…”

JB No tak, na pewno jesteśmy bardzo zaradni, przedsiębiorczy; co było widać w latach dziewięćdziesiątych, gdy zmieniliśmy reguły gospodarowania. Ale odnosząc się do opinii, które pan przytoczył: każdy z nas zna firmy, które upadły. Ludzie nie wierzą też za bardzo w optymistyczne, rządowe statystyki. Zbyt wiele razy ich oszukiwano, zacierano prawdę – choćby na temat przebiegu pandemii. 

Poza tym, choć gospodarka jeszcze się trzyma, stan zadłużenia finansów jest wysoce niepokojący. I właśnie stąd ta niekorzystna ocena. W sklepie, w tramwaju, na ulicy słyszy się rozmowy o drożyźnie, galopującej inflacji, podnoszonych podatkach, o tym, że wielu przedsiębiorców nie przetrwało pandemii, a inni ledwo ją przeżyli. Trudno być optymistą.   

Panie premierze – zaszczepił się pan przeciw koronawirusowi? I zanim pan odpowie: w Polsce nie zamierza się zaszczepić prawie 25 proc. obywateli. To pytanie tylko pozornie nie ma związku z naszą rozmową. No bo wszystkie „łady”, koncepcje, strategie i wizje Europy „po odbudowie” zdadzą się psu na budę, jeśli pozwolimy ją zeżreć wirusowi…

JB Odpowiem historycznie: grypa hiszpanka szalała równo sto lat temu. Odeszły przez nią dziesiątki milionów ludzi, głównie młodych. Wtedy nie było szczepionki. W końcu hiszpanka stała się sezonową grypą, COVID-19 zapewne też złagodnieje i przestanie nam śmiertelnie zagrażać i stanie się to pewnie nawet bez szczepionki; tylko że bez niej liczba ofiar koronawirusa będzie wielokrotnie większa, być może sięgnie setek milionów ludzkich istnień. Jeśli się na to nie godzimy, musimy się po prostu zaszczepić. Ja to zrobiłem; najszybciej jak mogłem, żeby chronić siebie i innych. I gorąco namawiam do tego wszystkich, którzy jeszcze się nie zaszczepili. 

Wirus pokazał nam, że nie jesteśmy tak mocni, jak nam się wydawało. Ale dzięki nauce i odwadze medyków nie jesteśmy bezbronni. Jeśli mogę dołożyć swoją cząstkę do tej dramatycznej walki z wirusem, szczepiąc się, to po prostu to robię. 

To samo dotyczy Zielonego Ładu. Wiemy, jak bardzo szkodzi nam, zwłaszcza na Śląsku, zanieczyszczenie powietrza, które zresztą pomaga rozprzestrzenianiu się wirusa. Na COVID-19 mamy szczepionkę, jedyną szczepionką na zagrożenie środowiska – dla naszych dzieci i wnuków to najważniejszy problem – są działania każdego z nas na rzecz wprowadzenia w życie Europejskiego Zielonego Ładu. 

Tekst pochodzi z bieżącego wydania Magazynu Gospodarczego Nowy Przemysł.

 

×

DALSZA CZĘŚĆ ARTYKUŁU JEST DOSTĘPNA DLA SUBSKRYBENTÓW STREFY PREMIUM PORTALU WNP.PL

lub poznaj nasze plany abonamentowe i wybierz odpowiedni dla siebie. Nie masz konta? Kliknij i załóż konto!

  • Francja

    Przelicz walutę
  • euro (EUR)

  • 4,697 złoty (PLN)

    1 EUR, 1,048 USD

SŁOWA KLUCZOWE I ALERTY

KOMENTARZE (13)

Do artykułu: O czym myślą Europejczycy? Jerzy Buzek ma jasną odpowiedź

  • Ekonom 2021-11-29 17:28:28
    PanieBuzek!Wy jesteście zmanipulowani przez Niemiecki mainstreem i myslicie że coś znaczycie w ich dzialaniu-Dojczland uber Alles
  • Max 2021-10-21 20:39:17
    Co myślą Europejczycy o Unii pokazał wynik referendum w Anglii.
  • Piotr 2021-10-16 23:39:38
    Buzek to agent SB TW "Karol". On donosił na, kolegów i brał za to pieniądze
  • Q 2021-10-16 21:56:40
    Musza się bać skoro tak często próbują być „autorytetami”.A ten jest wybitnie „intelektualny”…
  • Andrzej 2021-10-15 23:23:36
    Znalazł się ekspert. Nieudacznik i oszust.

PISZESZ DO NAS Z ADRESU IP: 3.225.221.130
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum

Logowanie

Dla subskrybentów naszych usług (Strefa Premium, newslettery) oraz uczestników konferencji ogranizowanych przez Grupę PTWP

Nie pamiętasz hasła?

Nie masz jeszcze konta? Kliknij i zarejestruj się teraz!