Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2020

Umowa handlowa USA-UE. Dogrywka czy nowe otwarcie?

Autor: Hanna Luczkiewicz
Dodano: 06-03-2019 06:00 | Aktualizacja: 06-03-2019 06:26

2018 rok był niewątpliwie jednym z najtrudniejszych dla relacji handlowych między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi - nałożenie ceł na europejską stal i aluminium, groźba wprowadzenia taryf na samochody, blokowanie nominacji sędziów trybunału odwoławczego Światowej Organizacji Handlu czy eksterytorialny charakter amerykańskich sankcji na Iran, który wymusił całkowite wycofanie się europejskich firm z tego kraju, to tylko kilka kwestii, które spowodowały, że trwający przez dekady sojusz znajduje się obecnie nad przepaścią.


Jednak nowy rok przyniósł nowe nadzieje. Poza fleszami kamer obie strony zaproponowały w ostatnich tygodniach swoje mandaty negocjacyjne dla bilateralnej umowy handlowej. Część komentatorów widzi w tym szansę na zażegnanie konfliktu i rozpoczęcie nowego rozdziału opartego na współpracy. Jednak zarówno rozbieżny poziom oczekiwań względem tej umowy, jak i zakres mandatów USA i UE powodują, że trudno uwierzyć, iż w najbliższych kilkunastu miesiącach uda się osiągnąć porozumienie.

UE i USA są największymi i najbardziej zintegrowanymi gospodarkami na świecie. Stany Zjednoczone są obecnie głównym miejscem docelowym unijnego eksportu – obroty między UE a USA wyniosły w 2017 r. 633 mld euro. Co więcej, prawie 5 milionów miejsc pracy na naszym kontynencie jest związanych z produkcją przeznaczoną na eksport do Stanów Zjednoczonych, a amerykańskie inwestycje w Unii są trzykrotnie wyższe niż w Azji.

Czytaj też: "TTIP-light"? Perspektywy wyjścia z kryzysu handlowego między Europą a USA

W świetle tych ważnych przepływów handlowych i inwestycyjnych podmioty gospodarcze po obu stronach Atlantyku mogą znacznie skorzystać na wyeliminowaniu istniejących taryf czy wymogów dotyczących testowania, inspekcji i certyfikacji, zmniejszając tym samym koszty dostępu do wzajemnych rynków.

Jak widzą współpracę Stany Zjednoczone?

11 stycznia administracja Stanów Zjednoczonych przesłała Kongresowi projekt mandatu negocjacyjnego, który w teorii powinien odzwierciedlać serię nieformalnych spotkań między UE a USA, rozpoczętą po głośnym spotkaniu Juncker-Trump w lipcu zeszłego roku.

I tak już na początku dokumentu możemy przeczytać, że celem umowy handlowej z Unią ma być zmniejszenie znacznej dysproporcji w bilansie handlowym między partnerami i eliminacja „dyskryminujących” ograniczeń pozataryfowych obecnych na unijnym rynku, które doprowadziły do „chronicznej nierównowagi w handlu”.

Nie wchodząc w dyskusję na temat słuszności tego postulatu, od razu widzimy, że administracja Stanów Zjednoczonych traktuje równowagę handlową jako jedyny element definiujący efektywność umowy. Także w sprawie reguł pochodzenia USA dość jednoznacznie wskazała, że mają one przede wszystkim zachęcać do produkcji na terenie kraju, zapewniając „że korzyści zostaną uzyskane przez produkty rzeczywiście wytwarzane w Stanach Zjednoczonych”.

W przeciwieństwie do Unii, Stany zaprezentowały znacznie szerszy mandat negocjacyjny, niewiele różniący się od założeń umowy Transatlantyckiego Porozumienia o Handlu i Inwestycjach (TTIP) sprzed sześciu lat. USA zakładają zatem całkowitą eliminację taryf na produkty przemysłowe (nie wykluczając żadnych sektorów), ograniczenie barier pozataryfowych, liberalizację handlu usługami, współpracę w dziedzinie zasad konkurencji, transgranicznego przepływu danych, zasad celnych, środowiska czy prawa pracy.
Wiele kwestii zaprezentowanych w mandacie będzie jednak bardzo trudnych, a nawet niemożliwych do przełknięcia przez Unię Europejską. Chyba najbardziej kontrowersyjne są zapisy na temat otwarcia unijnego rynku rolnego na produkty amerykańskie (obecnie cła wynoszą średnio 4 proc. na unijne produkty w USA i 8,6 proc. na amerykańskie w UE).

Stany bowiem nie tylko domagają się pełnej eliminacji taryf, ale także nawołują Unię do ustanowienia „szczegółowych zobowiązań dotyczących handlu produktami opracowanymi przez biotechnologię w zakresie rolnictwa”, co oczywiście miałoby oznaczać zgodę na import produktów GMO z USA do Unii.

Równie ciekawe jest odwołanie w mandacie do ustanowienia zasad, które zapewnią, że w Unii „nie zabraknie skutecznego egzekwowania przepisów dotyczących ochrony środowiska”, co może budzić zdziwienie, biorąc pod uwagę fakt, że to USA wystąpiły z klimatycznego porozumienia paryskiego, a sam prezydent Trump wielokrotnie negował istnienie globalnego ocieplenia.

Czytaj też: Chiny niemile widziane? Unia Europejska chce kontroli inwestycji z Państwa Środka

W mandacie USA odwołuje się też do Izraela, wskazując, że jednym z celów umowy powinno być „dążenie do wyeliminowania umotywowanych politycznie pozataryfowych przeszkód w handlu izraelskimi towarami i usługami”. Te zapisy znacznie wykraczają poza ramy tradycyjnych umów handlowych i mają czysto geopolityczny charakter.

Odpowiedź Unii - rozmowa głuchego ze ślepym?

Na reakcję Unii nie trzeba było długo czekać. 18 stycznia Komisja Europejska zaprezentowała dwa mandaty negocjacyjne w sprawie umowy handlowej o zniesienie ceł na produkty przemysłowe z wyłączeniem produktów rolnych oraz umowy dotyczącej oceny zgodności, która przyczyniłaby się do odsunięcia barier pozataryfowych w handlu. Unijne mandaty są znacznie bardziej ograniczone niż amerykańska propozycja, a w niektórych aspektach z nią sprzeczne.

Pierwsze porozumienie ma na celu zniesienie taryf na wszystkie produkty przemysłowe, z uwzględnieniem samochodów. Obecnie średnie cła nie są przesadnie wysokie i wynoszą 4,2 proc. na amerykańskie towary w UE i 3,1 proc. na europejskie w USA. Nadal istnieją jednak sektory, gdzie taryfy są kilkukrotnie wyższe, jak tekstylia - 40 proc., ubrania – 32 proc., ceramika – 28 proc., skóra i obuwie – 56 proc.

Przy rocznych obrotach handlowych rzędu 600 mld euro zniesienie nawet tak niskich „uśrednionych” ceł mogłoby dać znaczące korzyści eksporterom, przyczyniając się do wzrostu unijnego eksportu o ok. 10 proc., a amerykańskiego o 13 proc. Zniesienie ceł na towary przemysłowe powinno w szczególności przynieść korzyści ekonomiczne małym i średnim przedsiębiorstwom, które są nieproporcjonalnie bardziej dotknięte kosztami wprowadzenia produktu na rynek.
Tak jak i w trakcie negocjacji TTIP, tak i teraz największe oczekiwania dotyczą redukcji barier pozataryfowych i wzajemnego uznawania regulacji, bowiem to one mają fundamentalny wpływ na tempo i zakres wymiany handlowej. Komisja zasugerowała w swoim mandacie raczej ograniczone ramy współpracy regulacyjnej, skupiając się na tych sektorach, gdzie UE i USA są dopiero na początku tworzenia własnych standardów, jak drukarki 3D, robotyka czy pojazdy automatyczne.

Komisja proponuje jednocześnie dalsze rozmowy bilateralne dotyczące dobrowolnych ułatwień handlowych w zakresie cyberprzestępczości, sektora farmaceutycznego, chemicznego czy sprzętu medycznego, jednak poza oficjalnym mandatem negocjacyjnym. To jednocześnie te sektory, gdzie podczas negocjacji TTIP udało się zajść najdalej, i gdzie obu stronom zależy na szybkim znalezieniu porozumienia.

Jednocześnie Komisja nie zakłada prowadzenia negocjacji w zakresie ochrony danych osobowych, usług, zamówień publicznych, oznaczeń geograficznych, inwestycji, zrównoważonego rozwoju czy zasad konkurencji. Sygnał jest jasny - umowa ma być wynegocjowana szybko, a jej rezultaty widoczne natychmiast po jej wprowadzeniu. Nie jest więc to „tradycyjne porozumienie handlowe”, do jakich UE nas przyzwyczaiła w ostatnich latach.

Czytaj też: UE rozpoczęła negocjacje z Australią ws. umowy o wolnym handlu. Czy antypody okażą się szczęśliwe dla polskiego biznesu?

Po co Unii Europejskiej umowa ze Stanami Zjednoczonymi?

W gruncie rzeczy wielu widzi w propozycji Unii próbę zablokowania wprowadzenia potencjalnych ceł na europejskie samochody, którymi grozi od miesięcy prezydent Trump. Departament Handlu USA miał do połowy lutego przygotować raport definiujący, czy zagraniczne auta stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego kraju, co stanowi pierwszy krok w kierunku wprowadzenia restrykcji.

Unia wierzy, że w sytuacji oficjalnego prowadzenia negocjacji umowy handlowej, jak i ustanawiania innych elementów „pozytywnej agendy”, zostanie ona wyłączona z zakresu ceł na samochody, jak i propozycji USA w sprawie eliminacji taryf na produkty rolne.

I tak Unia zaangażowała się w promocję i ułatwienia handlowe przywozu amerykańskiej soi, co doprowadziło do wzrostu importu o 114 proc. w ostatnim półroczu, powodując, że Stany Zjednoczone są obecnie głównym dostawcą tego produktu w Europie (77 proc.). Stany wkrótce będą mogły dalej rozwijać swój rynek z uwagi na podjętą przez Komisję Europejską pod koniec stycznia decyzję o zatwierdzeniu wykorzystania amerykańskiej soi do produkcji biopaliw.

UE podjęła także szereg działań mających na celu wprowadzenie ułatwień na import amerykańskiego skroplonego gazu ziemnego (LNG). Wspólnota inwestuje w dodatkowe moce importowe i ulepszenia infrastruktury, przy jednoczesnym prowadzeniu rozmów na temat eliminacji amerykańskiego systemu licencjonowania eksportu gazu i ropy.

W konsekwencji ostatnie dane wskazują na gwałtowny wzrost przywozu LNG z USA w 2018 roku. PGNiG już podpisała 20-letnie kontrakty na zakup konkurencyjnego cenowo amerykańskiego gazu, a kolejne polskie i europejskie firmy czekają w kolejce.

Samochody za produkty rolne? Czy ta umowa ma szansę na sukces?

Pomimo proaktywnych działań Unii, czytając mandaty zaproponowane przez obie strony, można mieć wrażenie, że USA i Unia nigdy ze sobą nie rozmawiały, a ostatnie pół roku bilateralnych spotkań między administracjami nie miało miejsce.

Unia bowiem wielokrotnie powtarzała, że nie planuje rozmów w sprawie eliminacji ceł na produkty rolne, a USA, że nie są gotowe na pełną liberalizację ceł na samochody. Dwie strony wierzą jednak w uległość przeciwnika.

Możliwe jest zatem, że w gruncie rzeczy umowa ta albo nigdy nie dojdzie do skutku, albo będzie krwawą wymianą łupów: „amerykańskie produkty rolne za europejskie samochody”. Szczególnie że Niemcy ze swoim sektorem motoryzacyjnym bardzo silnie naciskają na Komisję Europejską na jak najszybsze podpisanie porozumienia.

Unia zakłada bowiem, że taryfy na samochody na poziomie 25 proc. dodałyby około 10 tysięcy euro do ceny wyjściowej wyprodukowanych w Europie aut, mogąc doprowadzić do utraty nawet 30 tysięcy miejsc pracy.

Negatywne konsekwencje ceł na samochody byłyby więc nieporównywalnie wyższe niż obecne cła na stal i aluminium (UE eksportuje do USA samochody o wartości 50 miliardów euro rocznie, przy eksporcie stali i aluminium wartym ok. 6 miliardów).

Podobnie, silne amerykańskie lobby naciska na prezydenta Trumpa, aby umowa z Unią zawarła zapisy o liberalizacji produktów rolnych, wskazując, że deficyt handlowy tych produktów wzrósł z 1,8 miliarda dolarów w 2000 do 11 miliardów w 2017 roku, za co amerykańscy farmerzy winią unijne restrykcyjne regulacje i wysokie taryfy.

Dla Polski wybór jest dość jednoznaczny - wymiana handlowa z USA z każdym rokiem rośnie i ma bardzo duży potencjał rozwoju. W 2017 r. wartość polskiego eksportu do USA wyniosła 7,11 mld USD, co jest najwyższym wynikiem w historii (import z USA w 2017 r. stanowił 4,53 mld dolarów).

Jako że jest ona w zdecydowanej mierze nastawiona na produkty przemysłowe (sprzęt transportowy, elektronika, sprzęt komputerowy i maszyny), umowa handlowa eliminująca stawki celne na te produkty byłaby dla naszego kraju zdecydowanie korzystna.

Także kwestia dodatkowych taryf na samochody jest znacznie bardziej istotna dla Polski niż import amerykańskich produktów rolnych, biorąc pod uwagę silne powiązania polskiej i niemieckiej gospodarki przy produkcji samochodów i części samochodowych.

Co przyniosą kolejne miesiące?

Mandaty unijne wymagają zatwierdzenia przez państwa członkowskie (Radę) i dopiero wtedy Komisja będzie gotowa do udziału w jakichkolwiek negocjacjach. Sprawę mogą spowolnić zbliżające się wybory do Parlamentu Europejskiego i zmiana na stanowisku komisarza ds. handlu.

Unia boryka się też z niechęcią części społeczeństwa, które widzi w umowie ze Stanami Zjednoczonymi powrót do TTIP, szczególnie jeśli w nowym porozumieniu nie znajdą się zapisy dotyczące zrównoważonego rozwoju i ochrony wysokich unijnych standardów. Co więcej, Wspólnota podkreśla, że żadna umowa nie wejdzie w życie, dopóki Stany nie wycofają się z obecnych ceł na stal i aluminium.

Obie strony czują jednakże dużą presję, aby porozumienie jak najszybciej sfinalizować - Unii zależy na uniknięciu taryf na samochody, Stany natomiast chcą pokazać, że nadal są w stanie negocjować porozumienia, prowadząc jednocześnie wojnę celną z Chinami, do której notabene potrzebują sojusznika.

Ze względu na tak różne podejście obu partnerów do tej umowy, jak i nieprzewidywalność poczynań prezydenta Trumpa, negocjacje mogą się zakończyć szybciej, niż się zaczęły. Czeka nas zatem ciekawy czas. Wszystkie opcje pozostają bowiem na stole: od eskalacji konfliktu, po finalizację długo oczekiwanej umowy handlowej największych gospodarek świata.

Czytaj też: Co przyniesie rok 2019 w międzynarodowym handlu? Jest kilka scenariuszy

Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2020