Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2019

#TydzieńwAzji. Dżokej schodzi z konia, czyli co dalej z Hongkongiem

Autor: Insytut Boyma
Dodano: 08-10-2019 20:00

Trwające od czerwca protesty mieszkańców Hongkongu znacząco wpłynęły nie tylko na sytuację polityczną, ale także na gospodarkę w regionie. Demonstranci wciąż nie dają za wygraną, a opór wobec kolejnych ograniczeń wolności zgromadzeń wydaje się narastać. Skutki odczuwają przedsiębiorcy lokalni, koncerny z Chin kontynentalnych i międzynarodowe korporacje. W razie dalszego zaostrzenia sytuacji nie jest wykluczone, że wydarzenia w mieście wpłyną na dynamikę sporów chińsko-amerykańskich.


Celem ulicznej rewolty, która zaczęła się od sprzeciwu wobec nowego prawa o ekstradycji, jest obecnie obrona autonomicznego statusu i wolności słowa w Hongkongu oraz wprowadzenie w pełni demokratycznych wyborów. Demonstranci uważają, że to ostatni moment na stawienie czoła Pekinowi, który ogranicza swobody demokratyczne w regionie i stopniowo likwiduje autonomiczny system prawno-polityczny Hongkongu. 

Radykalizacja protestów i brutalne akcje policji, symbolizowane przez postrzelenie demonstranta z broni palnej przez policję w ubiegłym tygodniu, sprawiają, że coraz bardziej możliwy wydaje się scenariusz wprowadzenia stanu wyjątkowego.
Zarządzenie w piątek 4 października zakazu noszenia masek wzmocniło prawdopodobnie kolejną falę protestów. Rząd lokalny Hongkongu zdecydował się wyłączyć część stacji metra z użytku, prawdopodobnie w celu liczby demonstrantów. W tym ponad siedmiomilionowym mieście złożonym z wysp metro pozostawało głównym i najbardziej skutecznym środkiem transportu. 

Z konsekwencjami gospodarczymi zmagają się konsumenci i biznes, nie tylko hongkoński i międzynarodowy, ale także ten pochodzący z Chin kontynentalnych. Skutki protestów dla każdej z tych grup są nieco odmienne.

Obecnie lokale i miejscowe siedziby przedsiębiorstw z innych chińskich prowincji stają się coraz częściej celem ataków protestujących. Podczas gdy na witrynach banków z Chin kontynentalnych demonstranci malują antychińskie slogany, a koktajle Mołotowa lądują na ich bankomatach, międzynarodowe firmy finansowe mogą czuć się względnie bezpiecznie.  Ze względu na istotne wsparcie i pomoc państwową dla przedsiębiorstw prywatnych w ChRL, a także niejasne związki między sektorem publicznym a prywatnym, całość biznesu chińskiego jest postrzegana jako system naczyń powiązanych z establishmentem politycznym. Przedsiębiorstwa prowadzone przez Chińczyków sprzeciwiającym się protestom, jak i te wprost utożsamiane z ChRL, jak np. Bank of China, są na celowniku demonstrujących. Kilka tygodni temu zorganizowano także kampanię online, która zachęcała do rezygnacji z prowadzenia kont bankowych w instytucjach powiązanych z ChRL. 

Podobne akcje konsumenckiego bojkotu są prowadzone wobec hongkońskich biznesów popierających rewolty w Chinach kontynentalnych. W Hongkongu ogromne straty zarejestrowała nie tylko lokalna branża hotelarska i turystyczna, skarżąca się na odpływ turystów, gości przyjeżdżających w interesach i rezygnujących z udziału w konferencjach. Jak donosi South China Morning Post, ceny na rynku nieruchomości zaczęły spadać, niektóre mieszkania staniały o kilka procent, a inne o ponad jedną piątą.

Symptomatyczny jest przykład niezmiernie popularnych w Hongkongu wyścigów konnych i powiązanych z nimi zakładów bukmacherskich, przynoszących liczone w miliardach dolarów zyski. Pod koniec września ze względów bezpieczeństwa po raz pierwszy w historii zdecydowano się odwołać gonitwy prowadzone przez The Hong Kong Jockey Club. Organizacja ta jest największym pojedynczym płatnikiem podatków w całym okręgu autonomicznym. Jej zyski są także konsekwencją odwiedzania miejsc gonitw przez majętnych Chińczyków z Szanghaju, Pekinu czy Shenzhen. Teraz na te pieniądze nie można liczyć.
Spadek koniunktury nie jest związany jedynie z protestami. W zasadzie od pierwszego kwartału 2018 roku tempo wzrostu gospodarczego sukcesywnie spada. Można zastanawiać się, czy protesty nie są wynikiem niezadowolenia społecznego z powodu pogarszającej się sytuacji gospodarczej w Hongkongu. Z pewnością te dwa zjawiska są ze sobą połączone i wzajemnie się nasilają - zarówno protesty pogarszają konkurencyjność Hongkongu dla potencjalnych inwestorów, jak i słabnąca sytuacja gospodarcza prowadzi do społecznych frustracji. 

Do tego dochodzi coraz większa nerwowość inwestorów zagranicznych. Podobnie jak w przypadku przejawów łamania praw człowieka w Chinach, przedstawiciele niemieckiego biznesu naciskają na rząd federalny, by powstrzymał się od bezpośredniej krytyki postępowania Pekinu i władz autonomii. Takie działanie mogłoby w ocenie biznesu zaszkodzić ich interesom w Chinach kontynentalnych. Wizytujący RFN jeden z liderów protestów został przyjęty w parlamencie, ale nie przez przedstawicieli rządu. Podobnie działają przedsiębiorcy innych krajów Europy i USA. 

Biznes amerykański może spodziewać się pogorszenia warunków działalności w Państwie Środka ze względu na procedowany w Kongresie Hong Kong Human Rights and Democracy Act, na mocy którego wszyscy odpowiedzialni za ograniczanie wolności słowa w Hongkongu byliby narażeni na indywidualne sankcje amerykańskie. 

Skutki skomplikowanej sytuacji wokół Hongkongu już odczuwa na różne sposoby biznes zaangażowany w autonomicznym regionie i w Chinach kontynentalnych. W coraz większym stopniu hongkońskie protesty przestają być lokalnym starciem demonstrantów z władzami autonomii, ani nawet wewnętrzną sprawą Chin. Rosną szanse na internacjonalizację konfliktu w tym sensie, że stanie się on kolejnym elementem napięć między USA i Chinami, z niewiadomą rolą odgrywaną przez państwa Unii Europejskiej.

Zobacz także pozostałe informacje z naszego przeglądu Tydzień w Azji #37:
Europejski Bank Inwestycyjny na ratunek Jezioru Aralskiemu
Gospodarka Indii odczuwa przedłużające się monsuny
Giganci wyprzedażami walczą o indyjski rynek

Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2019