Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2019

Długa lista zmartwień polskich firm. Czas przygotować się na kryzys?

Autor: Tomasz Elżbieciak
Dodano: 23-10-2019 20:00

Bańka budowlana, brexit, recesja w Niemczech, rosnące ceny prądu i koszty pracy, a do tego potężna produkcja nowych aktów prawnych. Polscy przedsiębiorcy mogą mieć uzasadnione obawy, gdy spoglądają w przyszłość. Zwłaszcza że na horyzoncie coraz bardziej widoczne jest wieszczone od dawna spowolnienie gospodarcze.


O trudnościach, z którymi może wkrótce przyjść się zmierzyć przedsiębiorcom, mówiono podczas konferencji zorganizowanej przez firmy wyspecjalizowane w ubezpieczaniu należności - EIB oraz Euler Hermes.

Kryzys puka do drzwi?

- Musimy oswoić się z myślą, że spowolnienie gospodarcze wkrótce nadejdzie. Będzie ono związane też z rosnącymi trudnościami z dostępem do ubezpieczeń oraz innych instrumentów zabezpieczających płatności - wskazał Bartosz Tokarski, zastępca dyrektora Biura Ubezpieczeń Klientów Strategicznych firmy EIB.

Nie oznacza to jednocześnie, że dotychczas rzeczywistość, z którą zmagały się przedsiębiorstwa, była tylko i wyłącznie różowa.

Tokarski przywołał badanie PwC Global Crisis Survey, w którym wzięło udział ponad 2 tys. firm z 43 krajów, w tym 94 z Polski. Pozwoliło to na przeanalizowanie i wyciągnięcie wniosków na podstawie 4,5 tys. różnego rodzaju kryzysów, przez które przeszli respondenci badania.

W ciągu ostatnich pięciu lat kryzysu doświadczyło 67 proc. firm w Polsce, a te finansowe należały do najczęstszych - obok operacyjnych (np. zakłócenia łańcucha dostaw) czy technologicznych (np. cyberataki).
Tokarski zwrócił również uwagę, że według badań Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce oraz Krajowego Rejestru Długów liczba firm deklarujących problemy z przeterminowanymi płatnościami waha się między 80-90 proc.

Jeśli chodzi o strukturę terminową przeterminowanych należności w polskich przedsiębiorstwach, to z danych za lipiec 2019 r. wynika, że średni okres przeterminowania wynosił 4,2 miesiąca wobec 3,8 miesiąca w kwietniu tego roku.

Natomiast odsetek należności nieuregulowanych w portfelu polskich przedsiębiorstw wynosił kolejno 25,4 proc. w lipcu wobec 22,7 proc. w maju.

Nie dziwi zatem, że w ostatnich dwóch latach dynamicznie (z 43 proc. w 2018 r. do 57 proc.) wzrósł odsetek firm, które oczekują przedpłat w celu zabezpieczenia się przed „szkodliwymi płatnościami”, czyli takimi, które nie zostaną uregulowane w umownym terminie lub wcale. Coraz więcej przedsiębiorców zamawia ocenę zdolności kredytowej kontrahentów (wzrost z 18 do 24 proc.).

Zarządzanie ryzykiem

Bartosz Tokarski zaznaczył, że kluczem do dobrego zarządzania ryzykiem kredytowym jest skuteczna i konsekwentnie wdrażana polityka kredytowa.

Jak wyjaśnił, proces zarządzania należnościami w przedsiębiorstwie ma na celu m.in. redukcję niespłaconych należności, utrzymanie ciągłości we wpływaniu zapłat (nadejścia płatności), zachowanie pozytywnych stosunków z klientami bez narażania kontaktów handlowych na niebezpieczeństwo, a także długotrwałą redukcję udziału w wierzytelnościach trwałych, niespłaconych należności.

- Zarządzanie należnościami nie jest tym samym, co kontrola należności lub ich monitorowanie. Zarządzanie należnościami - w tym ocena ryzyka związanego z daną transakcją oraz określenie wielkości udzielonego limitu kredytowego - powinno rozpocząć się jeszcze przed nawiązaniem współpracy z kontrahentem - stwierdził Tokarski.

Dodał, że z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, iż 38 proc. polskich firm ubezpiecza należności. Jednocześnie wydłużanie terminów oczekiwania na zapłatę - nierzadko kilka miesięcy - jest niezbędnym warunkiem nie tylko stabilnego funkcjonowania wielu firm, ale wręcz ich istnienia.
Potrzebna jest więc przemyślana polityka sterowania należnościami, w której główną rolę odgrywa kredyt kupiecki. Tu natomiast kluczowym zabezpieczeniem jest faktoring.

Z danych Polskiego Związku Faktoringu wynikało, że z tego instrumentu korzysta w Polsce prawie 17 tys. firm. Wartość sfinansowanych przez branżę faktur wyniosła w pierwszym półroczu 2019 r. 132 mld zł, co oznaczało wzrost aż o 21 proc.

Tokarski podkreślił, że w kontekście rysującego się spowolnienia gospodarczego, a więc też pogorszenia kondycji finansowej firm, przedsiębiorcy szczególną wagę powinni przykładać do oceny ryzyka transakcyjnego.

Zdaniem Tokarskiego, aby właściwie zarządzać ryzykiem związanym z kredytem kupieckim, warto korzystać z usług ubezpieczycieli, brokerów i kancelarii prawnych. Działania prewencyjne bywają bowiem o wiele tańsze niż skutki transakcji z nierzetelnym kontrahentem.

To jeszcze nie budowlana bańka

O mieliznach, na które może natknąć się polska gospodarka, mówił Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes. Wpierw odniósł się on do podnoszonego systematycznie tematu tzw. bańki w budownictwie, zwłaszcza mieszkaniowym. Ceny nowych mieszkań wciąż rosną i wielu zadaje sobie pytanie, czy w końcu nadejdzie przesilenie i owa „bańka” wreszcie pęknie.

Zdaniem Starusa nie można obecnie jednak mówić o „bańce” w mieszkaniówce. Zwrócił uwagę, że w 2018 r. oddano w Polsce do użytku ok. 185 tys. mieszkań i domów (+41 proc.). Tymczasem w Hiszpanii, czyli kraju o podobnej wielkości do Polski, przed wybuchem kryzysu na rynek trafiało ich 300-450 tys. rocznie.
Starus wyjaśnił, że transfery socjalne podniosły zdolności kredytowe Polaków. Natomiast bardzo niskie bezrobocie sprawia, że mamy rynek pracownika, co ułatwia podejmowanie decyzji o zakupie nowego lokum.

Natomiast ceny mieszkań muszą rosnąć, gdyż szybko rosną koszty w budownictwie. Starus wskazał również, że polscy deweloperzy dobrze zarządzają popytem - nie rozpoczynają zbyt wielu inwestycji jednocześnie, co pozwala im dostosowywać ceny do rosnących kosztów, a więc utrzymywać też wysoki poziom marży.

Starus podkreślił, że co kwartał na rynek trafia 30-40 tys. mieszkań. Potrzeba więc jeszcze wielu lat, aby zaspokoić potrzeby mieszkaniowe Polaków. Jeśli zatem nie dojdzie do żadnych nerwowych ruchów ze strony deweloperów, banków czy samych klientów, to trudno oczekiwać, by w mieszkaniówce doszło do poważniejszego tąpnięcia.

Inaczej niż u deweloperów wygląda sytuacja u budowlańców, zwłaszcza tych firm, które specjalizują się w inwestycjach infrastrukturalnych. Tu rosnące koszty pozbawiły wiele firm zarobków, a te słabsze podmioty doprowadziły do upadku lub bolesnej restrukturyzacji.

- W przypadku kontraktów, które zostały podpisane kilka lat temu, obecnie często bardziej opłaca się zejść z budowy i zapłacić kary umowne niż doprowadzić umowę do finału - wskazał Starus, dodając, że w przetargach publicznych oferty wciąż mocno przekraczają budżety, gdyż ci, którzy przetrwali, chcą odrobić straty z minionych lat.
Starus zwrócił też uwagę, powołując się na dane firmy badawczej Spectis, że w 2020 r. wartość rynku budowlanego w Polsce może sięgnąć 250 mld zł.

Wzrost napędzają jednak rosnące koszty pracy i materiałów, a na tle całej, rozwijającej się gospodarki wynik branży i tak będzie przeciętny. W latach 2008-2011 wartość rynku budowlanego stanowiła bowiem ok. 12 proc. polskiego PKB. Tymczasem w latach 2017-2020 udział ten wyniesie średnio ok. 10,5 proc.

Nie wszyscy udźwigną koszty

Tomasz Starus, komentując szeroko dyskutowane w ostatnich tygodniach zapowiedzi skokowego wzrostu pensji minimalnej, stwierdził, że „nie każdy może zmienić model biznesowy i dostosować się, bo taki jest trend”. Mowa tu o automatyzacji i robotyzacji, które - wedle niektórych opinii - ma przyspieszyć dalszy wzrost płac.

Starus wskazał, że przykładowy właściciel małego sklepu w małej miejscowości na automatyzację sprzedaży nie może sobie pozwolić, bo nie ma takiego potencjału jak sieć hipermarketów.

Zatem wobec dużego wzrostu płacy minimalnej będzie miał do wyboru sam stać za ladą kilkanaście godzin dziennie albo podnieść pensje obsłudze sklepu - i będzie balansował na granicy opłacalności lub generował straty.
- Dlatego małe firmy, z dużą pracochłonnością i małą wartością dodaną, są tak bardzo narażone na wzrost kosztów. Średnie marże na rynku są coraz niższe. Im więcej marży oddajemy, tym mniej zostanie na inwestycje w przyszłości. Natomiast duzi są w stanie inwestować, gdyż mają odpowiednie przepływy finansowe - wyjaśnił Starus.

- Wzrost inwestycji w ostatnich latach wynikał z napływu funduszy unijnych oraz właśnie przedsięwzięć dużych firm międzynarodowych oraz polskich. Duże firmy są przystosowane do cyklów w gospodarce. Nie przestają inwestować przy słabszej koniunkturze, a wręcz przeciwnie - wtedy korzystają choćby z tego, że koszty w budownictwie są niższe - dodał.

Polskie firmy muszą zmagać się też z rosnącymi cenami energii elektrycznej. Dalsze wzrosty będzie determinować uzależnienie polskiej energetyki od węgla. Z tego paliwa produkuje ona ok. 80 proc. energii.

Tymczasem koszty uprawnień do emisji CO2 rosną, a po legislacyjnym zahamowaniu inwestycji w odnawialne źródła energii przed kilkoma laty dopiero teraz rząd znów zaczyna stwarzać warunki ku zwiększeniu udziału coraz tańszych OZE w miksie energetycznym.
Natomiast jako ogromny koszt dla polskiej gospodarki, który trudno dokładnie oszacować, Tomasz Starus wskazał zmienność regulacji oraz ilość „produkowanego prawa”. Ryzyko związane z niestabilnym otoczeniem prawnym oraz objętością przepisów to istotny czynnik zniechęcający do inwestycji.

Według najnowszych danych Grant Thornton, w trzecim kwartale 2019 r. uchwalono ponad 5,6 tys. stron maszynopisu aktów prawnych najwyższego rzędu (ustaw, rozporządzeń i umów międzynarodowych). To o 6,6 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Brexit i recesja w Niemczech

Wreszcie na polskie firmy ma wpływ sytuacja kluczowych rynków zagranicznych. Tu jedną z najważniejszych kwestii są perypetie związane z wyjściem Wielkiej Brytanii ze struktur Unii Europejskiej.

Starus wskazał, że tylko w latach 2016-2018 niepewność towarzysząca brexitowi i związane nim czynniki wpłynęły na zmniejszenie dynamiki polskiego eksportu o 3,2 mld euro. To czterokrotnie więcej niż wynosiły pierwsze, ostrożne szacunki dla całego okresu przejściowego (2016-2019).
Dla polskiej gospodarki najważniejsza jest jednak kondycja naszego największego partnera handlowego, czyli Niemiec. Ich udział w strukturze polskiego eksportu wynosi 27 proc. To największy rynek zbytu m.in. dla branży transportowej, meblowej, motoryzacyjnej, maszynowej czy spożywczej.

Niemiecka gospodarka, tradycyjnie mocno ukierunkowana na eksport, znajduje się u progu recesji z powodu zawirowań w światowym handlu, związanych ze sporem na linii USA - Chiny. Spowolnienie gospodarcze w Niemczech będzie miało wpływ również na inne kraje Europy Centralnej, a więc pośrednio może też uderzyć w polski eksport m.in. do Czech, Słowacji czy Węgier.

Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2019