Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2019

Zacierali ręce, gdy USA pokłóciły się z Chinami. Teraz zrzedły im miny

Autor: Instytut Boyma
Dodano: 06-11-2019 20:00

Tajlandia do niedawna wydawała się jednym z tych krajów, które relatywnie skorzystały na amerykańsko-chińskiej konfrontacji gospodarczej. Liczne firmy decydowały się przenieść produkcję z Chin do krajów Azji Południowo-Wschodniej, wybierając często Tajlandię między innymi dzięki zachętom ekonomicznym oferowanym przez rząd w Bangkoku. Ostatnio jednak to państwo, które miało zyskiwać na konflikcie między Pekinem a Waszyngtonem, w rosnącym stopniu zaczyna odczuwać skutki napięć.


Turystyka odpowiada za 18-20 proc. PKB Tajlandii. Dużą rolę odgrywali tutaj Chińczycy, którzy stanowili ponad jedną czwartą odwiedzających. W tym roku dotychczasowy trend uległ załamaniu z powodu kilku nakładających się czynników.

Po pierwsze wobec wojny handlowej i spowolnienia gospodarczego mniej obywateli Państwa Środka może sobie pozwolić na wyjazdy zagraniczne z powodu napiętej sytuacji międzynarodowej spada też liczba chętnych do podróży do obcych krajów.

Po drugie dał też o sobie znać wzrost wartości bahta. Tajlandzka waluta wzmocniła się w ciągu tego roku w stosunku do juana o 10 proc. Po trzecie w grę wchodzą też czynniki pozafinansowe. W lipcu ubiegłego roku w wypadku dwóch łodzi wycieczkowych zginęło 47 turystów z Chin, co podkopało wizerunek Tajlandii jako bezpiecznej destynacji urlopowej.
Wszystkie te czynniki doprowadziły do spadku liczby chińskich wczasowiczów o jedną piątą. Tajlandzka branża turystyczna mocno odczuła ten spadek. Chińczycy byli jednymi z wierniejszych klientów i gromadnie odwiedzali Tajlandię nawet poza europejskim i  północnoamerykańskim sezonem wakacyjnym. Wobec gwałtownego spadku obrotów i zajętości miejsc poniżej progu opłacalności, wielu hotelarzy zdecydowało się obniżyć ceny nawet o połowę.

Dużo większe wyzwanie stanowią jednak dla Tajlandii Stany Zjednoczone. Od czasu wojskowego zamachu stanu w roku 2014 rządząca junta obrała kurs na zbliżenie z Pekinem, co nie oznaczało  jednak zerwania z Waszyngtonem, z którym łączą Bangkok 200-letnia historia stosunków dyplomatycznych i współpraca w dziedzinie bezpieczeństwa z czasów zimnej wojny. Więzi społeczne są silne, relatywnie duża grupa Tajów studiuje na amerykańskich uczelniach. Na początku obecnej dekady trzech na czterech mieszkańców Tajlandii miało pozytywny stosunek do Stanów. W dziedzinie bezpieczeństwa tylko w ostatnich miesiącach Tajlandia kupiła amerykańskie uzbrojenie za kwotę ponad 400 mln USD. 

Taka transakcja powinna była usatysfakcjonować administrację prezydenta Trumpa, czułą na zakupy amerykańskiego uzbrojenia. Jednak inne kroki Bangkoku wywołały gniew Waszyngtonu. 26 października władze USA poinformowały o karnym ograniczeniu udziału Tajlandii w Uogólnionym Systemie Preferencji (Generalized System of Preferences - GSP), w którym USA jednostronnie zmniejszają cła na dobra pochodzące ze wspieranych przez nie państw. Dodatkowo nałożono cła na 573 tajlandzkie typy towarów o łącznej wartości 1,3 mld USD. Na podobne kroki Ameryka zdecydowała się już wiosną tego roku wobec Indii. 

Oficjalnym powodem takiej decyzji wymierzonej w Bangkok jest brak właściwej ochrony praw pracowniczych, szczególnie w rybołówstwie. Według największej amerykańskiej federacji związków zawodowych (American Federation of Labor and Congress of Industrial Organizations - AFL-CIO) tajlandzcy pracownicy nadal mają ograniczone możliwości zrzeszania się i zawierania umów zbiorowych.
Według władz Tajlandii amerykańskie cła dotkną zaledwie 0,01 proc. eksportu i 0,15 proc PKB. Decyzja Waszyngtonu ma więc bardziej charakter ostrzeżenia i upokorzenia. Wprowadzenie taryf zostało bowiem ogłoszone zaledwie tydzień przez szczytem ASEAN w Bangkoku, na którym goszczą też przedstawiciele państw partnerskich organizacji, m.in. USA, Chin i Japonii. 

Zdaniem analityków decyzja Białego Domu ma związek ze zbliżającymi się wyborami prezydenckimi w USA. 25 października Tajlandia zakazała importu glifosatów, parakwatów i chloropiryfosów, substancji chemicznych wykorzystywanych w produkcji pestycydów. Decyzja została natychmiast oprotestowana przez Waszyngton, jako uderzająca w amerykański eksport. Bangkok znacznie ograniczył też import produktów rolnych z USA, z soją na czele. Uderzyło to w wielu wyborców urzędującego prezydenta. W grę wchodzi też wydobycie ropy naftowej w Zatoce Tajlandzkiej. Bangkok nie przedłużył Chevronowi licencji na eksploatację złóż, a zwolnioną koncesję otrzymał państwowy koncern PTT. Decyzja władz spowodowała także spór o to, kto powinien ponieść koszty demontażu wybudowanych przez Chevron platform wiertniczych. W sporze aktywnie uczestniczy ambasada USA w Bangkoku.

Jest to zapewne dopiero początek problemów Tajlandii. Baht ma najwyższy kurs od ponad 20 lat, co jest problemem dla gospodarki opartej na eksporcie. Do tego Bank Tajlandii jest oskarżany o manipulowanie kursami walut. Tajlandzki bank centralny ma skupować dolary, starając się obniżyć cenę bahta, co już wywołało zainteresowanie amerykańskiego departamentu skarbu. Jeżeli okaże się, że podobnie jak Wietnam, także Tajlandia pozwala na niewielkie jedynie przetwarzanie chińskich towarów, tak by mogły ominąć amerykańskie cła, to możemy spodziewać się kolejnego tweeta straszącego zagładą gospodarki wskazanego kraju.

Więcej newsów z naszego cyklu Tydzień w Azji 41/2019:
Japoński „przepis” na sukces w Turkmenistanie
Ataki terrorystyczne w Kaszmirze mają odstraszyć inwestorów
Rząd Australii odchodzi od wsparcia inwestycji w elektrownie węglowe

Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2019