Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2021

Cyfryzacja biznesu to już nie teoria. Koronawirus przyniósł mocny impuls

Autor: Paweł Szygulski
Dodano: 20-05-2020 17:00 | Aktualizacja: 20-05-2020 18:57

Koronawirus wyrządził sporo szkód, ale akurat w obszarze cyfryzacji ośmielił wiele firm do zdecydowanych działań. Obecne, wymuszone sytuacją, wdrożenia to dopiero początek procesów, które będą wymagały stworzenia nowych standardów oraz zmierzenia się z różnymi zjawiskami w społeczeństwie. Powstanie wręcz nowy rynek pracy, do którego dostęp nie będzie jednak wcale łatwy.


Pandemia COVID-19 zmusiła wiele firm do szerszego korzystania z narzędzi cyfrowych. Choć to zaledwie wstęp do zaawansowanej cyfryzacji, to powinien być punktem wyjścia do gruntownej przebudowy strategii tak, by w szybko zmieniającej się gospodarce nie tracić na konkurencyjności.

- To, co jest nowego, w obecnej sytuacji: nie wszystkie prace, które do tej pory wykonywano przy fizycznej aktywności człowieka, mogą w ten sposób być wykonywane nadal. I tu jest ogromna szansa na zmianę, czyli na te faktyczne przestawienie się na rozwiązania cyfrowe w przemyśle. I to się dzieje! - ocenia Dominika Bettman, prezeska Siemensa w Polsce.

Jak dodaje, wspomniany proces przebiega przede wszystkim na płaszczyźnie komunikowania się. Biznes powszechnie przestawił się tu na narzędzia webowe.

Czytaj także: Budownictwo wkracza w szybką cyfryzację

Sam przemysł z kolei poszukuje teraz możliwości zdalnej kontroli systemów oraz procesów produkcyjnych. - To jest rzeczywistość w dobie koronawirusa, a nie czynnik wymyślony, związany z jakimiś zachętami, z mówieniem o trendach. Po prostu: rzeczywistość - podkreśla Dominika Bettman.

Pozytywny impuls dostrzega też Jowita Michalska, prezes fundacji Digital University. - Myślę, że po pierwszym zachłyśnięciu się tym, że wszyscy umiemy zdalnie pracować, zaczęliśmy trochę wchodzić w fazę, jak sobie długoterminowo z tym radzić - mówi Jowita Michalska. I dodaje: - Firmy po prostu musiały przejść te procesy, które do tej pory wydawały się niemożliwe.


W nowej rzeczywistości jeszcze bardziej rośnie więc rola gromadzenia, przetwarzania i efektywnego wykorzystywania danych.

- Cyfryzacja to nie są komunikatory... Cyfryzacja to tak naprawdę zarządzanie bazami danych. Możemy w tej chwili bez żadnego problemu zebrać dowolną ilość danych w dowolny sposób - to tylko kwestia pojemności dysków. Pytanie, w jaki sposób tymi danymi będziemy zarządzać... - zwraca uwagę Radosław Cieślak, industry executive director w firmie Autodesk.

Jego zdaniem dane powinny być dostarczone do osoby zainteresowanej w taki sposób, by dostała je na czas - dokładnie takie, jakich potrzebuje, żeby nie było potrzeby ich potwierdzania, sprawdzania oraz żeby mogły być wykorzystywane w różnych systemach jednocześnie.

To przełożyłoby się na istotną oszczędność czasu pracy. Autodesk ma wyniki badań wskazujące, że pracownicy około połowy czasu pracy w tygodniu, czyli 20 godzin, przeznaczają na poszukiwanie informacji. To swoiste marnotrawstwo można wyraźnie ograniczyć poprzez odpowiednią cyfryzację.

- Przy prawidłowo scyfryzowanej firmie daje się zaoszczędzić mniej więcej 10 godzin z tych 20 godzin - ocenia Radosław Cieślak.

Stwierdza przy tym, że z taką digitalizacją często mają problemy duże korporacje (w tym zwłaszcza zarządzane przez Skarb Państwa), w których silosowata struktura hamuje transformację cyfrową.

Nowe otwarcie w nauce

Ta zresztą nie jest możliwa bez posiadania kompetentnych kadr. Trudno zaś o nie, jeśli system edukacyjny nie nadąża za szybko zmieniającą się rzeczywistością gospodarczą. W czasach koronawirusa jednak także edukacja przechodzi szybką przemianę - i to za sprawą narzędzi cyfrowych.

- Sam system zdalnego nauczania wymaga nowego podejścia, wymaga uczenia tych, którzy mają uczyć nie tylko technologii, ale w ogóle całej kultury i innego podejścia systemowego - zauważa Wojciech Murdzek, minister nauki i szkolnictwa wyższego. I podkreśla: - To są doświadczenia bezcenne, które wynosimy z tych trudnych dni; trzeba je "przepracować" oraz wprowadzić trwałe rozwiązania - jako dorobek tych czasów, które podniosły nam poprzeczkę.

Na tych doświadczeniach powinniśmy budować nowy system nauczania - dużo bardziej otwarty. Naukowcy powinni mieć stały kontakt z tym, co się dzieje w gospodarce, by móc łatwo wymieniać się doświadczeniami i wiedzą ze światem biznesu. Temu służą już doktoraty wdrożeniowe i nauczanie dualne. Wojciech Murdzek przyznaje jednak, że skalę tych procesów należy powiększać.

- Generalnie trzeba całe spektrum nauczania zmienić w tym względzie. Jako naukowcy, tak naprawdę nie mamy dostępu do tego, co się dzieje, i nie znamy transformacji cyfrowej. Na razie widać bardzo małą współpracę uczelni z przedsiębiorstwami, organizacjami pozarządowymi czy administracją właśnie w procesie transformacji cyfrowej - podkreśla Katarzyna Śledziewska, dyrektor zarządzająca DELab UW na Uniwersytecie Warszawskim.

Przestrzega też przed patrzeniem na transformację cyfrową tylko przez pryzmat technologii.

- Jeżeli chodzi o transformację cyfrową, najważniejsze jest to, żebyśmy przestali na nią patrzeć tylko i wyłącznie z perspektywy technologii. Technologie nie są tak bardzo ważne, jak ważny jest cały system, który musi być wprowadzany. Transformacja cyfrowa to także zmiana procesowa czy organizacyjna i przedsiębiorstw, i instytucji - zwraca uwagę Katarzyna Śledziewska.

Upowszechnienie cyfryzacji będzie też miało odczuwalne skutki społeczne. Przy eliminacji zawodów, których wykonywanie polega na powtarzalnych, rutynowych czynnościach, może pojawić się spora grupa ludzi wykluczonych z rynku pracy ery cyfrowej.

- Jeżeli na rynku pracy nie będziemy się edukować, przeszkalać, uczyć, to w pewnym momencie zostaniemy z tego rynku po prostu wypchnięci - przestrzega Katarzyna Śledziewska.

Z kolei pracownicy, którzy będą posiadali tzw. kompetencje przyszłości, będą zdolni pracować w środowisku przesyconym technologiami cyfrowymi - no i liczyć na bardzo dobre wynagrodzenie.

- To będzie prowadziło do polaryzacji społeczeństwa. Nie na darmo rozpoczęły się dyskusje o dochodzie gwarantowanym... Chodzi o to, żebyśmy zastanowili się nad osobami, które nie wejdą na ten nowy rynek pracy - stwierdza przedstawicielka Uniwersytetu Warszawskiego.

Na potrzebę odpowiedniej edukacji zwraca też uwagę prezeska Siemensa. - Tu jest ogromna rola edukacji i połączenia różnych specjalności - twierdzi Dominika Bettman. Jak dodaje, w przemyśle zachodzi obecnie zmiana paradygmatu, dzięki której to dane stają się głównym surowcem. Aby z nich móc dobrze korzystać, potrzeba  jednak pewnej standaryzacji rozwiązań w takich dziedzinach, jak choćby sztuczna inteligencja czy automatyzacja.

Poruszenie w chmurze

Na kluczowe znaczenie zbierania i wykorzystywania danych zwraca uwagę także Jacek Szczepański, wiceprezes firmy informatycznej Atende. W jego opinii będzie dzięki temu rósł popyt na technologie ułatwiające operowanie dużymi zbiorami danych, a pandemia koronawirusa wręcz ośmiela do ich implementacji - nawet tych przedsiębiorców, którzy patrzyli wcześniej na nie sceptycznie.

- Pierwszą taką chyba barierą, która pękła po nadejściu koronawirusa, było przejście do zastosowania chmury - mówi Jacek Szczepański. - Ten skok na głęboką wodę - musieliśmy go wykonać - myślę, że bardzo mocno tę technologię uwiarygodnił.

Jego zdaniem, istotną rolę odgrywa tu fakt, że samo przejście na korzystanie z chmury obliczeniowej nie wymaga na wstępie dużych nakładów inwestycyjnych. Podobnie jest w przypadku technologii blockchain, znajdującej już zastosowania w bankowości (niebawem powinna upowszechniać się również w innych branżach).

- Tak naprawdę ta technologia nadaje się również bardzo dobrze do przemysłu, do logistyki, gdzie widać wysoką potrzebę wiarygodności i trwałości danych - ocenia Jacek Szczepański.

Wiceprezes Atende wśród technologii, które odegrają dużą rolę w najbliższych latach, wymienia też Internet rzeczy i łączność 5G. Zastrzega jednak, że w przypadku tej ostatniej, nie chodzi o samo wdrożenie łączności, lecz o zastosowanie rozwiązań, które efektywnie będą ją wykorzystywać.

Wspomniana już w kontekście blockchaina bankowość w polskim wydaniu już od kilku dobrych lat kojarzy się ze śmiałym sięganiem po rozwiązania cyfrowe.

- Digitalizacja zdecydowanie nie dzieje się przez koronawirusa, bo sama w sobie jest procesem długofalowym. Popatrzmy na statystycznego klienta, który odwiedza oddział raz lub dwa razy do roku, dzwoni na telefon 5-10 razy na rok, natomiast do bankowości elektronicznej loguje się 7-10 razy w miesiącu, a z aplikacji mobilnej korzysta 20-30 razy na miesiąc - zwraca uwagę Sławomir Soszyński, wiceprezes ING Banku Śląskiego.

Skalowanie start-upów

Z cyfryzacją krajowej bankowości mocno jednak kontrastuje słaba pozycja Polski w międzynarodowych rankingach pokazujących zaawansowanie cyfrowe poszczególnych gospodarek. Toteż zdaniem Sławomira Soszyńskiego wciąż mamy wiele do zrobienia, również w kwestii zapewnienia odpowiednich warunków do rozwoju polskich fintechów.

- Ważne, by edukacja w ICT w dziedzinie nowych technologii nie odstawała od jakości nauczania w innych krajach europejskich. Chodzi też o to, abyśmy więcej inwestowali w poszczególne patenty (bo w tej chwili jest minimalna ich liczba), abyśmy inwestowali w to, by przyciągać "międzynarodowe diversity", co podnosi poziom innowacji i przyczynia się do importu pomysłów - zaznacza Sławomir Soszyński.

Jak dodaje, rynkowi fintechów i w ogóle start-upów w Polsce nie sprzyja rozdrobnienie. Mamy dużo małych spółek, które chcą być innowacyjne. Często jednak nie są w stanie przejść do kolejnych etapów rozwoju.

- Nie do końca potrafimy skalować start-upy i nie mamy dobrych przykładów, które osiągnęły skalę światową - przyznaje wiceprezes ING Baku Śląskiego.

Czytaj również: W świecie start-upów nastał czas wojny, którą wygrają nieliczni

Do skalowania start-upów niewątpliwie potrzebne są pieniądze. Pozyskiwaniu finansowania na pewno nie będzie sprzyjał kryzys gospodarczy, który właśnie się rozpoczął. Nie jest jednak wcale tak, że nie pojawią się żadne nowe możliwości. W niedługim czasie ma m.in zostać uruchomiony fundusz, którego celem będzie właśnie skalowanie start-upów i w ogóle firm technologicznych na wyższe poziomy niż tylko etap seedowy. Będzie to NCBR Investment Fund.

- To fundusz, którego budżet dzisiaj jest oszacowany na poziomie już 700 mln zł - mówi Krzysztof Szubert, prezes NCBR Investment Fund.

Współpraca z krajowymi i zagranicznymi partnerami ma jednak doprowadzić do podwojenia tych środków, dzięki czemu w ciągu najbliższych 5-6 lat owe środki miałyby wzrosnąć do około 1,4 mld zł.

- Patrząc na obecne rozmiary polskiego rynku venture capital w Polsce, oznacza to roczny zastrzyk na poziomie do 20 proc. dostępnych teraz środków - zaznacza Krzysztof Szubert. I dodaje: - Celujemy w spółki, w które chcemy inwestować pomiędzy 6 a 128 mln zł. To dość nietypowe widełki, ale pojawiły się one wskutek wielu badań luki kapitałowej na polskim rynku. Owszem, widać bardzo duże zainteresowanie i jest też dużo pieniędzy na projekty małe, szczególnie z obszaru cyfrowego, nie bardzo mamy natomiast pieniądze na finansowanie firm w dalszych stadiach.

NCBR Investment Fund ma zatem zasypać rynkowa lukę i sprawić, że polskich kreatorom technologii cyfrowych będzie łatwiej włączyć się budowę „nowej normalności”, w której udział cyfrowych składników stanie się  wyraźnie większy niż przed pandemią COVID-19.

- Będziemy z radością wracali do spotkań w życiu realnym, do przychodzenia do biura, ale tylko częściowo... Nawyki, które zbudowaliśmy przez ostatnie dwa miesiące, z nami zostaną. Będziemy więc musieli być przygotowani jako organizacje do zupełnie nowego stylu pracy - stylu mieszanego, gdzie pracownik będzie prawdopodobnie 2-3 dni w tygodniu przychodził do biura, a resztę czasu spędzał, pracując z domu - prognozuje Jowita Michalska z Digital University.

Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2021