Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2021

Protekcjonizm napływa falami, pandemia go pogłębia. Obawy polskich firm

Autor: Adrian Ołdak
Dodano: 29-06-2020 07:09 | Aktualizacja: 29-06-2020 08:33

Firmy, które eksportują produkty lub bezpośrednio prowadzą działalność za granicą, boją się protekcjonizmu. Martwią się, że poważnie utrudni im on prowadzanie biznesu. Mecenas Alicja Szczęśniak z Baker McKenzie, która była gościem czerwcowej edycji EEC Online, przypomina, że zjawisko pojawia się na świecie falami. Ostatnia wzbiera już od dłuższego czasu...


- Rzeczywiście, na arenie międzynarodowej widoczne jest zjawisko protekcjonizmu, ale nie wydaje się, żeby było skutkiem pandemii Covid-19. Przesilenie w debacie o kierunkach polityki gospodarczej w Europie (i nie tylko) trwa już od lat. Jego źródeł można doszukiwać się w kryzysie gospodarczym, który wybuchł 2007 r. - mówi Alicja Szczęśniak, prawnik w kancelarii Baker McKenzie. - Protekcjonizm napływa falami wywoływanymi recesją w gospodarce. Tak było w latach 30. i po II wojnie światowej. Później zazwyczaj przychodziła odwilż i otwarcie gospodarek. Pandemia pogłębia jednak trend. Może stać się pretekstem do działań, na które wcześniej rządy by się nie odważyły.

Czytaj także: Pandemia utrudni dostęp do zagranicznych rynków

Protekcjonizm objawia się coraz częściej w postaci utrudniania dostępu do rynku, ustanawiania i podwyższania ceł, mnożenia regulacji, koncesji, ograniczania praw zagranicznej siły roboczej. Popularne jest także wsparcie rodzimych przedsiębiorców.

- Elementem, który działa bardzo negatywnie na inwestorów zagranicznych, jest pozbawianie ich podstawowego dotychczas standardu, jaki wynikał z międzypaństowych umów o ochronie inwestycji. Dzięki nim inwestor mógł mieć pewność, że nie będzie traktowany gorzej niż miejscowy przedsiębiorca - zauważa mecenas Szczęśniak.

Dwustronne umowy o ochronie inwestycji (tzw. BIT-y) pojawiły się w latach 70., kiedy po powojennej fali protekcjonizmu doszło do liberalizacji życia gospodarczego. Miały zachęcać kapitał zagraniczny do inwestowania w państwach, które tego potrzebowały. Teraz jednak te porozumienia są wypowiadane.

- BIT-y przewidywały dość wysoki standard ochrony przed wprowadzaniem legislacji skutkującej szkodą dla inwestora, niesłusznymi działaniami urzędów czy dyskryminowaniem firmy - mówi prawniczka z Baker McKenzie. - Oprócz tego dawały możliwość rozpatrywania ewentualnych sporów w relacji państwo-inwestor w arbitrażu. Jest to ważne, gdyż trybunał taki konstruowano tak, by był niezależny od stron postępowania. Uważa się, że rozwiązywanie sporów w arbitrażu jest korzystniejsze dla inwestorów. Nie muszą się obawiać stronniczości sądów powszechnych lub po prostu czasochłonnych zatorów w postępowaniach.

Formą ochrony rynku jest wprowadzona w tarczy 4.0 możliwość zablokowania wybranych zagranicznych inwestycji w osłabione przez Covid-19 polskie firmy.

- W tym rozwiązaniu chodzi o to, żeby zagranicznym przedsiębiorcom uniemożliwić oportunistyczne nabycie rodzimych biznesów w sektorach strategicznych. Jako takie ma pewien sens, towarzyszył mu jednak bałagan legislacyjny - ocenia Alicja Szczęśniak. -  Zakres inwestycji objętych ustawą nie jest jasny. Powoduje to dużą niepewność inwestycyjną i stwarza ryzyko wstępowania o zgodę na inwestycję "na wszelki wypadek".

Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2021