Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2021

Gaz na przejściowym szlaku

Autor: Dariusz Malinowski
Dodano: 09-11-2020 12:00

Węgiel już odszedł do lamusa. Coraz większą rolę będzie w naszym kraju odgrywała energetyka oparta na gazie. Jednak nawet ten surowiec nie cieszy się poważaniem w Brukseli, uważany jest on bowiem za przejściowy, bo jest zbyt emisyjny. Na szczęście tzw. przejściowy okres gazu potrwa jeszcze lata, a firmy już przygotowują się na czas „potem”.



Gaz ziemny ma tę zaletę w porównaniu z węglem, że jest dwukrotnie mniej emisyjny. To znaczy, iż jego spalenie powoduje dwukrotnie mniejsze zanieczyszczenia atmosfery niż porównywalnej ilości węgla. O czym się także często zapomina, sam w sobie jest cennym surowcem. Spalanie gazu to najprostsze jego wykorzystanie, część specjalistów mówi nawet o marnotrawstwie. Dużo bardziej cennym jest dla chemików. Mimo wszystko Komisja Europejska widzi kres drogi gazu, bo choć dwukrotnie mniej emisyjny niż węgiel, to także jego spalanie niszczy środowisko. Rynek gazu w obecnej postaci raczej więc nie przetrwa.

- Rola gazu będzie zminimalizowana, raczej szybciej niż później. Cała Unia Europejska idzie w kierunku ograniczenia roli gazu, tam gdzie to możliwe. Będziemy musieli się z tym zmierzyć – mówi Antoni Bielewicz, dyrektor, Europejskiej Fundacji Klimatycznej w Polsce. Jak zaznacza, już teraz widać, że w niektórych państwach zapotrzebowanie na gaz maleje.

Gaz zniknie, ale nie tak szybko

Na początek jednak trochę optymizmu. Gazu z przemysłu nie da się całkowicie wyrugować. Nadal konieczne będzie jego wydobycie. Produkcja gazu, jego przesył i dalszy przerób są nieodzowne i będą generowały setki tysięcy miejsc pracy. Gazu w przemyśle chemicznym nie da się niczym zastąpić.

Inna sprawa to gaz jako paliwo. Tu gaz będzie wykorzystywany w energetyce jako źródło paliwa dla szybko wzbudnych rezerw mocy. Nie da się jednak jednoznacznie przesądzić, że postęp technologiczny w OZE nie spowoduje, że takie źródła, jak energetyka wiatrowa czy fotowoltaika nie będą miały coraz większego udziału w miksie energetycznym poszczególnych krajów.

Czytaj też: Historyczne bunkrowanie statku gazem LNG w Szczecinie

Problem w tym, że nie są one na razie całkowicie przewidywalne. W przypadku energetyki wiatrowej – raz wieje, a raz nie. Podobnie sytuacja ma się z elektrowniami fotowoltaicznymi, które nie zawsze produkują energię elektryczną. Wówczas musimy mieć rezerwę. Doskonale nadają się do tego bloki gazowe, które można „odpalić” jednym przyciśnięciem guzika, a dodatkowo można to zrobić bez żmudnych przygotowań.

Jak mówi wiceprezes ds. rozwoju PGNiG Arkadiusz Sekściński, w praktyce oznacza to, że niewątpliwie transformacja niskoemisyjna to perspektywa długoterminowa, a okres, w którym gaz będzie służył jako paliwo przejściowe, będzie trwał kilkadziesiąt lat.

Wiceprezes naszego gazowego potentata podkreśla także, że tylko energetyka oparta o paliwo gazowe daje gwarancje, że źródła energii czy ciepła będą mogły funkcjonować w okresie przejściowym. - W obszarze dostaw ciepła i energii elektrycznej gaz jest podstawowym, łatwo dostępnym substytutem innych paliw, stosowanych w energetyce konwencjonalnej. Dostępny w tym kontekście, że łatwiej go sobie zapewnić, niż np. energetykę jądrową - ocenia wiceprezes.

Firmy już się przygotowują

Wiele więc wskazuje, że gaz jeszcze przez dekady będzie wykorzystywany w energetyce. Jak firmy go wykorzystujące przygotowują się do transformacji? Wszystko zależy od tego, jak duże znaczenie w biznesie danej firmy ma gaz ziemny. Dla niektórych to tylko jedno z możliwych paliw. Wówczas gaz ziemny ma być tylko tymczasową drogą, prowadzącą do innych energetycznych rozwiązań i jego porzucenie, choć z pewnością kosztowne, będzie względnie łatwe. To np. firmy energetyczne. Są jednak i takie, które z produkcji gazu, handlem nim czy w końcu przesyłem, czerpią ogromną część przychodów. One już teraz głowią się nad tym, co dalej.

Przykładem takiej spółki jest już wspominany PGNiG. Firma rocznie dostarcza do odbiorców około 19 mld m sześc. gazu ziemnego. Jednak, choć na razie wraz z realizowaną gazyfikacją kraju, zużycie surowca rośnie, trzeba liczyć się z tym, że z biegiem czasu zainteresowanie gazem będzie spadało. Stąd poszukiwanie alternatywy.

Jedną z nich ma być czysty gaz. Czy taki jednak w ogóle istnieje? Za taki uważany jest biometan (czyli oczyszczony biogaz). Jak powstaje? Baza, czyli biogaz, najczęściej produkowany jest z odpadów branży rolno-spożywczej. Mamy do czynienia z tzw. beztlenową fermentacją metanową. Proces ten zachodzi m.in. w biogazowniach, na składowiskach odpadów i w oczyszczalniach ścieków. Aby przynosił zyski, trzeba go jednak... skanalizować.

Czytaj również: Ostatnie takie negocjacje. Są rosyjskie reakcje na wniosek PGNiG

Jak przyznaje p.o. prezesa PGNiG Jarosław Wróbel, spółka ma ambitne plany wobec biometanu. - Biorąc pod uwagę, że szacunki krajowego zużycia gazu na koniec dekady mówią o około 24 mld metrów sześciennych, biometan mógłby pokrywać aż szóstą część krajowego zapotrzebowania na gaz. Co więcej, przy rodzimym wydobyciu surowca na poziomie około 4 mld m sześc. podwoilibyśmy produkcję surowca z własnych zasobów - mówi prezes Wróbel.

W ogóle warto zauważyć, że PGNiG interesuje się bardzo i bardzo mocno wchodzi w alternatywne gazy. Stąd też uczestnictwo w sojuszu wodorowym.

PGNiG podpisało list intencyjny o ustanowieniu partnerstwa na rzecz budowy gospodarki wodorowej i zawarcia sektorowego porozumienia wodorowego z najważniejszymi polskimi firmami.

Latem nasz gazowy potentat przystąpił także zresztą do sojuszu wodorowego stworzonego przez Komisję Europejską (European Clean Hydrogen Alliance - ECH2A). Do sojuszu ECH2A przystąpiło już ponad ćwierć tysiąca przedsiębiorstw, wśród nich największe światowe koncerny energetyczne, ale także przedsiębiorstwa z wielu innych branż.

Aktywny udział w sojuszu pozwoli PGNiG na realny wpływ na tworzenie unijnych regulacji związanych z rozwojem technologii wodorowych, a tym samym na włączenie się w proces transformacji sektora energetycznego na poziomie europejskim.

Nowe kanały dystrybucji

Oczywiście nasz koncern już teraz przygotowuje się do rozszerzenia kanałów dystrybucji gazu. O ile wydaje się, że zmniejszenie udziału gazu w energetyce na rzecz OZE będzie szybko postępowało, o tyle surowiec ten może wciąż odgrywać duże znaczenie w transporcie.

Przykładem może być reakcja na tzw. dyrektywę siarkową. Nakłada ona na armatorów, których statki pływają po obszarze SECA (Sulphur Emission Control Areas) – m.in. po Bałtyku i Morzu Północnym – obowiązek wykorzystywania paliw o zawartości siarki nieprzekraczającej 0,1 proc. W tym przypadku LNG wydaje się obecnie najlepszym z możliwych wyborów. Stąd też współpraca PGNIG, Grupy Lotos i Gaz Systemu. Zapleczem paliwowym dla Bałtyku może stać się nasz terminal gazowy w Świnoujściu. A ponieważ Bałtyk jest uczęszczanym akwenem, w ten sposób będzie można dystrybuować znaczące ilości gazu.

Dotyczy to także paliwa dla pojazdów kołowych. Idealnym pod względem czystości byłby wodór. Problem w tym, że nadal jest dość drogi, a największym problemem jest jego przechowywanie.

Na razie więc najlepszą „protezą” wydaje się być wykorzystanie gazu ziemnego.

- Widoczne jest, że w transporcie wzrasta zastosowanie CNG i LNG, odpowiadamy na to zainteresowanie – mówi wiceprezes Sekściński. Inna sprawa, czy to nie trend tymczasowy.

W zlikwidowanym kilka tygodni temu Ministerstwie Klimatu pojawił się bowiem pomysł, żeby np. tabor komunikacji miejskiej począwszy od 2025 roku był tylko zeroemisyjny. To zaś oznaczałoby wyrugowanie gazu jako paliwa z napędu autobusów.

Energetyka wciąż w gazie

Jak już podkreślaliśmy, gaz – choć nagle zaczyna być krytykowany – nie zniknie z krajobrazu. Ciekawie w tej sprawie wypowiada się prezes największej polskiej firmy energetycznej PGE – Wojciech Dąbrowski.

Jak tłumaczy, kierowana przez niego spółka walczy o to, aby gaz był potraktowany w Unii Europejskiej jako paliwo pozwalające na transformację energetyczną. Zarazem przyznaje, że zdaje sobie z tego sprawę, że jest to paliwo przejściowe.

- Sytuacja zmusza nas oczywiście do podjęcia radykalnych działań i nie tylko nas, PGE. My takie działania już podjęliśmy i konsekwentnie będziemy je realizowali. Jesteśmy świadomi, że w przypadku przyjęcia tego celu przez całą UE, co zaplanowane jest do końca tego roku, koszty jego realizacji i główny wysiłek redukcyjny zostaną poniesione przede wszystkim przez elektroenergetykę - mówi prezes Dąbrowski.

Menedżer ma nadzieję, że na sfinansowanie transformacji i będących jej efektem zmian pozyska środki zewnętrzne, środki unijne z funduszu transformacji, funduszy celowych.

- Strona rządowa też prowadzi w tym zakresie rozmowy z KE. My, jako branża, też będziemy tutaj bardzo aktywni. Będziemy walczyli o swoje, aby pozyskać jak najwięcej środków na nowe inwestycje w OZE - podkreśla Dąbrowski.

Czekając na przepisy

Bo to, czego chyba obecnie najbardziej brakuje w kontekście transformacji energetycznej, to szczegółowych planów i przepisów. Wiadomo, że Unia Europejska chce ograniczyć emisje CO2 do 55 procent do 2030 roku. To bardzo ambitny plan z punktu widzenia unijnej gospodarki. Ma także prowadzić do wzrostu cen CO2 do co najmniej 60 euro/tonę. Tak żeby emisje nie opłacały się wcale.

Jednak wciąż szczegółów, jak to dokładnie będzie się odbywało i jakie będą wprowadzone mechanizmy, nie ma. Bruksela głównie zajmuje się ostatnio pandemią, podobnie zresztą jak i nasz rząd. To zaś utrudnia przygotowanie się firm na czas „po gazie”. Może mieć także negatywne konsekwencje dla całej transformacji.

Jak tłumaczy prezes URE Rafał Gawin, tempo zmian będzie determinowane przez regulacje unijne, bo od nich też zależy finansowanie inwestycji.

Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2021