Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2021

Sąd ostateczny nad kredytami frankowymi. To może zaboleć

Autor: Adam Sofuł
Dodano: 09-04-2021 06:01 | Aktualizacja: 09-04-2021 06:33

13 kwietnia Sąd Najwyższy wyda uchwałę, na którą czekają z niecierpliwością tysiące posiadaczy kredytów frankowych, ale i polski sektor bankowy. Może ona wytyczyć linię orzecznictwa w sporach między frankowiczami i bankami. Jej stawką są dziesiątki miliardów złotych.

Już za tydzień, 13 kwietnia (o ile pandemiczne obostrzenia nie staną na przeszkodzie), odbędzie się posiedzenie całego składu Izby Cywilnej Sądu Najwyższego w sprawie rozstrzygnięcia zagadnień prawnych dotyczących kredytów denominowanych i indeksowanych w walutach obcych.

Zobacz też: Frankowicze przestali czekać na polityków i nakręcają spiralę pozwów przeciw bankom

Sędziowie mają odpowiedzieć na sześć pytań sformułowanych przez I Prezes Sądu Najwyższego. Sąd ma odpowiedzieć, czy umowa, w której występowały niedozwolone zapisy, wciąż obowiązuje w pozostałym zakresie. I Prezes SN zapytała także, co w sytuacji, gdy za niedozwoloną klauzulę uznany zostanie sposób ustalania kursu walutowego i czy możliwe jest zastąpienie takiego zapisu innym. Bankowcy stoją na stanowisku, że w takim przypadku należałoby zastąpić mechanizm przeliczeniowy średnim kursem NBP. To rozwiązanie nie satysfakcjonuje jednak kredytobiorców.

Zobacz też: Rektorzy uczelni ekonomicznych ostro o frankowiczach

Osobno rozpatrywana będzie kwestia kredytu indeksowanego, a osobno – kwestia kredytu denominowanego. Przypomnimy bowiem (frankowicze to doskonale pamiętają), że chociaż potocznie mówimy o kredytach frankowych, w istocie nie były to kredyty walutowe, a złotowe, tyle że – mówiąc w uproszczeniu – przeliczane na obcą walutę, czyli właśnie na franki szwajcarskie.

Kredyt niejedno ma imię

Sposób owego przeliczania ma znaczenie. Kredyt indeksowany to kredyt udzielony, wypłacany i spłacany w złotych, chociaż w momencie uruchomienia jest „przeliczany” na franki. W treści umowy znajduje się jednak tzw. „klauzula indeksacyjna”, która uzależnia wysokość zadłużenia kredytobiorcy oraz wysokość raty od kursu określonej waluty obcej.

Wysokość kredytu denominowanego określona jest już od początku we frankach, tyle że kredytobiorca otrzymywał jego równowartość w złotych (i co do zasady w złotych go spłacał). W obu przypadkach kurs franka miał wpływ zarówno na wysokość zadłużenia, jak i rat.

W przypadku kredytów indeksowanych uznanie za niedozwolone zapisów dotyczących ustalania kursów walut stanowi mniejszy problem. Nawet gdy sąd uzna, że nie unieważniają one całej umowy, można pokusić się o mniej lub bardziej kompromisowe nowe zapisy dotyczące ustalenia kursu waluty.

W przypadku kredytów denominowanych sprawa jest bardziej skomplikowana – bo wyeliminowanie zapisów umownych wyrażonych we frankach wyklucza w tej sytuacji w ogóle możliwości uruchomienia kredytu (bo to podstawowa waluta kredytu, który tylko wypłacany i rozliczony jest w złotych).

Przedawnienie straszy banki

Pierwsza prezes SN zapytała również, czy termin przedawnienia się roszczeń banku, który udzielił kredytu, biegnie od momentu, w którym ten dokonał wypłaty. Ostatnia kwestia dotyczy tego, czy w przypadku zwrotu nienależnych świadczeń jedna ze stron może domagać się tzw. wynagrodzenia za korzystanie ze środków pieniężnych, z których druga strona korzystała w czasie, kiedy umowa nie była jeszcze kwestionowana.

Banki czekają z niecierpliwością na rozstrzygnięcie tych ostatnich kwestii – w przypadku bowiem uznania całej umowy za nieważną bank będzie musiał zwrócić na rzecz klienta wszystkie raty kapitałowo-odsetkowe. Ze względu jednak na okres przedawnienia (kredyty we frankach były wszak zaciągane dość dawno temu) bank nie mógłby już od klientów żądać opłat za korzystanie z kapitału, a nawet i zwrot samego kapitału nie byłby oczywisty – banki musiałyby dochodzić tego w odrębnym postępowaniu.

Banki nie wyobrażają sobie takiego rozstrzygnięcia, które pozostawiałoby je bez zapłaty za korzystanie z kapitału. – Stwierdzenie, że kredytodawcy nie przysługuje wynagrodzenie za korzystanie z kapitału w przypadku unieważnienia umowy, jest ekonomiczną herezją, której upowszechnienie się byłoby groźne dla sprawnego funkcjonowania gospodarki rynkowej – podkreśla w jednej ze swoich opinii prof. Leszek Pawłowicz.

Także NBP w swoim grudniowym raporcie o stabilności systemu finansowego zwraca uwagę, że „ze względu na zmianę wartości pieniądza w okresie od udostępnienia kapitału (w przypadku walutowych kredytów mieszkaniowych najczęściej jest to kilkanaście lat), zwrot wyłącznie otrzymanej nominalnej kwoty oznaczałby zatem, że realnie strona korzystająca z kapitału oddaje znacznie mniej, niż otrzymała”.

Wariant wart 200 mld

Taki kierunek narzuca uchwała Sądu Najwyższego z 16 lutego 2021 r., w której sąd orzekł, że w przypadku unieważnienia umowy o kredyt walutowy należy stosować tzw. teorię dwóch kondykcji, a nie teorię salda. W uproszczeniu chodzi o to, że w teorii sąd ocenia wzajemne roszczenia i niejako je bilansuje, nakazując jednej ze stron wypłatę różnicy drugiej.

Przy teorii dwóch kondykcji mamy po prostu do czynienia z dwoma wzajemnymi roszczeniami, które strony muszą wobec siebie zaspokoić – czyli bank powinien oddać pieniądze frankowiczowi, a kredytobiorca – bankowi. Z tym że tu pojawiają się wątpliwości (które właśnie teraz SN ma rozstrzygnąć) co do biegu przedawnienia.

Byłby to wariant skrajnie niekorzystny dla banków (bardzo korzystny jednak dla frankowiczów). Koszty takiego rozwiązania szacowane są na grubo ponad 200 mld zł. To byłby dla polskiego sektora bankowego wstrząs. Czy można go było uniknąć?

Kronika zapowiedzianej katastrofy

Zapewne tak, problem bowiem trwa od lat, a szczególnie zaostrzył się w styczniu 2015 roku, kiedy szwajcarski bank centralny ogłosił, że uwalnia kurs franka i nie będzie bronił swojej waluty przed umocnieniem.

Kurs franka wystrzelił pod niebo, by ustabilizować się na poziomie 4,10-4,20 zł – czyli mniej więcej złotówkę drożej niż przed tą decyzją. Według niektórych szacunków w wyniku tej decyzji SNB dług frankowiczów wzrósł z dnia na dzień o około 30 mld zł – ze 140-150 mld zł do 170-180 mld zł. A warto też przypomnieć, że znaczna część tzw. kredytów frankowych była zaciągana jeszcze przed kryzysem finansowym w 2008 roku, kiedy kurs franka oscylował w okolicach 2 zł.

Mimo wielu obietnic (2015 był rokiem wyborczym) problemu nie udało się rozwiązać ustawowo. Banki też nie kwapiły się do wyjścia naprzeciw problemom frankowiczów. 

Sądowe batalie

Kredytobiorcy ruszyli zatem do sądów – często z powodzeniem, ale na sądowy spór decydowało się niewielu z nich (tym bardziej że były to procesy długotrwałe). Sytuację zmienił wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z października 2019 roku, który – w odpowiedzi na pytanie prejudycjalne jednego z polskich sądów – mówiąc w dużym uproszczeniu: dał polskim sądom wskazówkę do orzekania korzystnie dla frankowiczów.

Ośmieleni werdyktem posiadacze kredytów denominowanych we frankach (lub indeksowanych do franka – bo znakomita większość z nich nie była w istocie kredytami walutowymi) ruszyli do sądów. I zaczęli wygrywać. Według szacunków kancelarii ich reprezentujących w 90-95 proc. spraw zapadają orzeczenia korzystne dla kredytobiorców.

To spowodowało, że banki zaczęły zawiązywać rezerwy na poczet niekorzystnych dla siebie werdyktów sądowych. Chociaż frankowicze w większości osiągają sukces w tych sądowych bataliach, nadal parę rzeczy budzi wątpliwości i wymaga doprecyzowania. Stąd właśnie pytania I Prezes Sądu Najwyższego i dlatego za tydzień Sąd te wątpliwości rozstrzygnie. Może być to dla banków bardzo bolesne rozstrzygnięcie.

Ugody – spóźniona alternatywa?

Dlatego pod koniec ubiegłego roku szef Komisji Nadzoru Finansowego zaproponował, by banki zawierały z kredytobiorcami ugody. Propozycja zakłada, że kredyty udzielone we frankach od samego początku należy potraktować jako kredyty udzielone w złotówkach, z oprocentowaniem WIBOR i marżą banku w złotówkach z okresu zawarcia umowy kredytowej.

Z komunikatu UKNF z 2 marca 2021 r. wynika, że najniższy szacowany koszt dla sektora bankowego przeprowadzenia ugód z kredytobiorcami w tym wariancie wyniesie 34,5 mld zł – to dużo, ale mniej niż mogą w skrajnym scenariuszu kosztować sektor bankowy przegrane procesy.

Banki nie mówią nie, ale decyzje jeszcze nie zapadły. Czekają na uchwałę SN z przedstawieniem swoich propozycji ugód. Sęk w tym, że jeśli uchwała będzie jednoznacznie korzystna dla frankowiczów, propozycje ugód sformułowanych przez banki mogą masowo zostać przez kredytobiorców odrzucone jako mało atrakcyjne. Bo już takie sytuacje mają miejsce, frankowicze otrzymują od początku roku sygnały z banków, np. z Banku Millenium, że mogą przewalutować kredyty na preferencyjnych warunkach, często je jednak odrzucają, licząc na więcej.

Wskazówka dla sądów

Jak na razie dość zaawansowany jest projekt PKO BP. Walne zgromadzenie akcjonariuszy tego banku ma 23 kwietnia zdecydować o utworzeniu funduszu specjalnego w wysokości 6,7 mld zł z przeznaczeniem na pokrycie szczególnych strat bilansowych, które powstaną w następstwie rozpoznania skutków finansowych ugód.

W Polsce nie obowiązuje wprawdzie system prawa opartego na precedensach, tym niemniej uchwała Sądu Najwyższego będzie miała charakter zasady prawnej. Oznacza to, iż wszystkie składy orzekające SN będą musiały stosować ją w podobnych sprawach, gdyż będzie to reguła interpretacyjna. Podobnie będą postępować sądy powszechne, gdyż kredytobiorcy z całą pewnością będą powoływać się na treść tej uchwały w swoich pozwach.

Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2021