Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2023

Kijów chce do Unii. Ochrona Ukrainy to ochrona całej Europy

Autor: Krzysztof Szczepanik
Dodano: 23-09-2021 06:02

- Mówi się nam, że Europa musi być wolna, ze zdrową ekonomiką i z poszanowaniem zasad demokracji. Tyle że nikt nam nie mówi, co mamy w naszym porządku prawnym zmieniać. Ponadto już dwa lata odkładany jest szczyt państw Partnerstwa Wschodniego. A przecież to właśnie tam byłoby miejsce do omówienia warunków, jakie musimy spełnić, by móc aplikować do Unii - mówi Ivanna Klympush-Tsintsadze, ukraińska parlamentarzystka, przewodnicząca Komitetu Integracji Ukrainy z Unią Europejską, wicepremier Ukrainy do spraw integracji europejskiej i euroatlantyckiej w latach 2016-2019.


Czy Ukraina ciągle chciałaby znaleźć się w gronie państw unijnych?

- To nasz plan strategiczny. Przede wszystkim jednak Europa musi sama sobie odpowiedzieć, czy zakończyła proces rozszerzania grupy członkowskiej. Mam nadzieję, że jednak Europa odpowie pozytywnie na nasze wątpliwości. Choć zdaję sobie sprawę, że w roku 2007 rozszerzono Unię o dwa kraje, które jeszcze nie były do tego gotowe (chodzi o Rumunię i Bułgarię – przyp. red.). Była to wtedy decyzja wysoce polityczna. A teraz pewnie Bruksela przetrawia tę „transakcję”.

W Kijowie widzimy zupełnie inne podejście w kwestii akcesji w stosunku do Zachodnich Bałkanów i do krajów Partnerstwa Wschodniego - Ukrainy, Gruzji, Mołdowy. Jest to podejście stawiające nas w gorszej sytuacji od Albanii czy Czarnogóry. Mówi się nam, że Europa musi być wolna, ze zdrową ekonomiką i z poszanowaniem zasad demokracji. Tyle że nikt nam nie mówi, co mamy w naszym porządku prawnym zmieniać. Ponadto już dwa lata odkładany jest szczyt państw Partnerstwa Wschodniego.

A przecież to właśnie tam byłoby miejsce do omówienia warunków, jakie musimy spełnić, by móc aplikować do Unii. Dotyczyć by to mogło wszystkich krajów Partnerstwa aplikujących do członkostwa. Czyli właśnie Ukrainy, Gruzji i Mołdowy. Tam też można by omówić choćby stosunek Europy do wojny Armenii z Azerbejdżanem, sytuację w Białorusi albo tak banalną sprawę, jak wspólne odprawy na granicy Ukrainy z krajami unijnymi. To są jednak dla Brukseli sprawy trudne. Może stąd ta zwłoka w zwołaniu ważnego spotkania.

Takie niejednoznaczne stanowisko władz Unii do naszych krajów prowadzi do tego, że w poszczególnych krajach siły antyeuropejskie mają argumenty, by lobbować skutecznie przeciw „europeizacji”. Argumenty zawsze się znajdą. Można udowadniać, że akcesja oznacza wzrost cen, upadek gospodarki czy kolejne fale emigracji naszej siły roboczej. Oczywiście ja mogę zrozumieć, że w czasie pandemii wspólnota staje przed wieloma globalnymi problemami. Miejmy nadzieję, że to jest jedyna przyczyna faktycznego zbywania naszych aspiracji europejskich. Prędzej czy później ktoś w Brukseli powinien sobie uświadomić, że przyłączenie do grona członków Unii krajów byłego ZSRR jest ze wszech miar korzystne dla krajów członkowskich. Oczywiście ciągle słyszymy, ile to Unia nam już pomogła po rozpoczęciu agresji rosyjskiej na Ukrainę. Ale my chcielibyśmy czegoś więcej. Niekoniecznie pieniędzy.

Szczególnie boimy się nowych inicjatyw (przedstawionych przez Angelę Merkel i Emmanuela Macrona), dotyczących „konstruktywnych” stosunków z Rosją. Traktujemy to jak porzucenie interesów i poparcia kraju – ofiary agresji, czyli Ukrainy. Te inicjatywy idą z zachodu Europy. Stąd nasze coraz bliższe związki z krajami Unii, które znajdują się w bezpośrednim sąsiedztwie Rosji. Tallinn, Wilno czy Warszawa rozumieją nasze obawy dotyczące energii, wojny informacyjnej czy hybrydowego ataku przy pomocy sztucznie tworzonego kryzysu uchodźców.

Jako wyraz dobrej woli ze strony Unii moglibyśmy potraktować odnowienie układu o stowarzyszeniu Ukrainy z Unią. Chciałabym, aby w takim odnowionym traktacie były zawarte nie tylko nowe obowiązki Ukrainy, ale i także jakieś gwarancje wobec mojego kraju ze strony władz Unii. Gwarancje, że jak zrobimy to, to będzie coś innego. I tak dalej. Bardzo też oczekujemy większej otwartości rynków europejskich na nasze towary.

Polscy hodowcy drobiu już narzekają na ukraińską konkurencję

- To normalne w przypadku każdej konkurencji. Kolejnym bardzo ważnym aktem byłoby uznanie naszych certyfikatów jakości. To by pomagało w wejściu naszych towarów na rynek europejski, ale i eksporterom z Unii w wejściu na nasz rynek. Widzimy też, jak wielką pomoc Unia przeznacza dla swojego sektora rolniczego. Oczekiwalibyśmy więc od Brukseli chociaż pozwolenia na podobną pomoc producentom rolnym na Ukrainie. By nikt nie oskarżał nas o dumping. Przydałyby się też prace nad wzajemnym uznawaniem dyplomów uczelni wyższych. Może wtedy w Polsce łatwiej byście sobie rozwiązali problem z brakami medyków?

Teraz Europa bardzo mocno stawia na zieloną gospodarkę, w tym zieloną energetykę. Co o tym myślicie?

- To są ogromne pieniądze. My takich pieniędzy nie mamy. Musimy jakoś w tej kwestii domówić się z Unią.

Może i Ukraina nie ma takich wielkich pieniędzy, ale przecież przynajmniej na razie energetyka atomowa uważana jest za alternatywę dla węgla. Przecież na Ukrainie pracuje kilka elektrowni atomowych. Wasz kraj ma także dodatni bilans energetyczny. Można by więc myśleć o eksporcie energii do krajów Unii. Najbliżej macie do Polski.

- To ukraiński pomysł, by budować związki energetyczne z Polską. Jak na razie jednak nie widzimy takiego entuzjazmu po drugiej stronie granicy. A przecież ukraińska energia to także choćby energia wiatrowa. Jest to tym bardziej aktualne, że państwo ukraińskie nie ma pieniędzy na pełną realizację wcześniej obiecanych dopłat wytwórcom tej energii.

Władze Ukrainy nie mają pieniędzy na inwestycje w urządzenia przechowujące energię elektryczną. Więc przydałby się nam eksport. Polska zaś takie pieniądze mogłaby mieć. Można więc sobie wyobrazić, że zielona energia ukraińska byłaby eksportowana do polskiego systemu, a potem (w momentach szczytowych potrzeb) byłaby reimportowana.

Dla Ukrainy i jej przyszłości nie mniej ważne od wyzwań ekologicznych są stosunki z Rosją. W pani wystąpieniu na Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach wyraźnie pobrzmiewało, że Europa nie do końca faktycznie wspiera Ukrainę w jej sporze z Rosją. Są jednak dotkliwe sankcje. Co Europa mogłaby zrobić więcej w tej sprawie?

- Przede wszystkim nie zastępować zasad pragmatyzmem. Bo ochrona Ukrainy to jest także ochrona całej Europy. Ukraina przede wszystkim walczy o siebie, ale i przy okazji nieomalże czyni to także w interesie całej Europy. A tu mamy prawdziwe przykłady podwójnych standardów. Ot choćby Nord Stream II. To przykład wielki, ale są też mniejsze, te codzienne. Przykładowo, od niedawna na Krymie pracują turbiny Siemensa. A przecież teoretycznie to towar objęty sankcjami.

Gdy zwróciliśmy na to uwagę władzom niemieckim, to usłyszeliśmy, że to nie Siemens je eksportował, tylko jakieś inne spółki. Dla nas to typowe obejście zasad sankcyjnych. Tak jak zaskoczył nas brak reakcji europejskiej na skandaliczne wręczenie 150 tysięcy paszportów mieszkańcom terenów okupowanych, tylko po to, by mogli zagłosować w rosyjskich wyborach.

Dla Rosji to sprawa ważna, by naruszyć jedność krajów europejskich, by odeszły one od zasad, które legły u podstaw tworzenia wspólnoty. Bo pragnieniem Moskwy jest ustanowić „pragmatyczne” stosunki z Europą i uzyskać w Brukseli faktyczne pozwolenie na „rozwiązanie problemu ukraińskiego” wedle własnego scenariusza. Putin bowiem cel ma ciągle ten sam - zwasalizować Ukrainę.

Podwójne standardy to jednak nie tylko problem Europy. Ukraiński oligarcha Ihor Kołomojski znów zacieśnia swoje kontakty biznesowe z Rosją. Od rosyjskich firm chciałby on importować białoruską energię elektryczną.

- To niestety jest faktem. Takie działania robią nam bardzo zły PR w Europie. Ciągle mamy jeszcze jakieś związki biznesowe z Rosją. Są one jednak coraz mniejsze. Widać to choćby na przykładzie „eksportu” odpadów z elektrowni atomowych do Rosji. Ten eksport jednak bardzo maleje. Mamy obecnie już dywersyfikację dostaw do elektrowni. Podobnie jak sami radzimy sobie z coraz większą ilością odpadów.

Od lat więcej Ukraińców wyjeżdża za pracą do Polski czy krajów Unii Europejskiej, aniżeli do Rosji. Czy ten odpływ kadr nie jest problemem przyszłościowym ukraińskiej gospodarki?

- Trudno ludziom zabraniać wyjazdu po lepsze życie. Oczywiście chcielibyśmy zatrzymywać szczególnie fachowców na Ukrainie. Będzie to bardzo trudne dopóki ukraińskie zarobki będą niższe od polskich. Choć ta różnica już się zmniejsza. Do niedawna więcej niż na Ukrainie zarabiało się też na Białorusi. Teraz tendencja staje się odwrotną. Może więc rychło my staniemy się krajem imigracyjnym dla mieszkańców Białorusi.

*Ivanna Klympush-Tsintsadze - parlamentarzystka ukraińska, przewodnicząca Komitetu Integracji Ukrainy z Unią Europejską, wicepremier Ukrainy do spraw integracji europejskiej i euroatlantyckiej w latach 2016-2019 była uczestniczką XIII Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2023