Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2022

Armenia - kraj biznesowej nadziei

Autor: Krzysztof Szczepanik
Dodano: 09-01-2022 06:00 | Aktualizacja: 09-01-2022 16:58

Czy warto inwestować w Armenii? To pytanie mogą sobie zadać także polskie firmy szukające nowych rynków. Ten kaukaski kraj, który kilka lat temu deklarował chęć zbliżenia z Unią Europejską, wszedł do struktur polityczno-ekonomicznych tworzonych przez Rosję. O gospodarce tego kraju rozmawiamy z ekonomistą z Erywania Ashotem Yegiazaryanem.

Czy zbliżenie z Rosją jest korzystne dla Armenii?

-  W trakcie związku z Rosją ekonomika armeńska weszła w stagnację. Potem przyszły dwie krótkie wojny z Azerbejdżanem o Górski Karabach. To jeszcze pogorszyło sytuację. Te elementy oraz rosnąca korupcja powodują, iż klimat inwestycyjny w Armenii nie jest najlepszy, mimo korzystnego dla inwestorów prawa.

Nowe związki z Rosją powodują również usankcjonowanie prawne monopolistycznych praktyk. To nie sprzyja nowym inwestycjom zagranicznym. Najważniejsze z tych monopoli to energetyka, koleje żelazne, przesył gazu. Te dziedziny są w pełni opanowane przez państwowe firmy rosyjskie. A to już przestaje być biznesem, stając się w istocie rzeczy polityką.

Typowym przykładem jest tu sprawa gazu. Gazprom jeszcze niedawno sprzedawał surowiec do Armenii po 160 dol. za tysiąc metrów sześciennych. Kupcem tego gazu był i jest… Gazprom Armenia - firma w 100 proc. zależna od swojej spółki matki. Potem ten gaz jest, za kilkakrotnie wyższą cenę, sprzedawany odbiorcy detalicznemu. Taki sposób działalności jest możliwy tylko i wyłącznie dzięki monopolistycznej pozycji Gazpromu w Armenii.

Gazprom zajął się także wytwarzaniem energii elektrycznej w Armenii. Specjalnie w tym celu kupiono jedną z elektrowni wodnych. Inny rosyjski gigant energetyczny i zarazem państwowy, RAO JES, wykupił należące do armeńskiego oligarchy Karapetiana - akcje handlowej grupy Tashir – między innymi właściciela tutejszej sieci handlowej. Obecnie więc na tak zmonopolizowanym i skorumpowanym rynku brak jest miejsca na jakiekolwiek poważniejsze inwestycje kapitału prywatnego. Tak europejskiego, jak i nawet rosyjskiego.

Rokrocznie w Erywaniu odbywają się wystawy z ofertami handlowymi firm rosyjskich. Oferta jest bogata...

- To sprawdzian praktyczny armeńskiej atrakcyjności gospodarczej. Wystawiają się tam tylko firmy państwowe, które już i tak są obecne w Armenii, co oznacza, iż atrakcyjność inwestycyjna Armenii dla firm rosyjskich jest żadna.

Euroazjatycka Unia Gospodarcza to państwa albo produkujące gaz, albo też zaangażowane w jego transport. Armenia w ogóle do tego modelu nie pasuje.

Obecnie podstawowym problemem w polityce integracyjnej są kłopoty finansowe Rosji. Nie należy się więc spodziewać jakichś sformalizowanych dalszych etapów integracji. To dotyczy choćby potencjalnego wprowadzenia wspólnej waluty. Sprawa ta pozostaje tylko pustym hasłem.

Należy też pamiętać, iż jakiekolwiek kolejne zasady rozszerzające integrację są na tym terenie tylko umowne. Bo i tak wszystko zależy od Moskwy. Tam mogą jednego dnia przepis wprowadzić w życie, a następnego stwierdzić, aktem „prawa powielaczowego”, iż prawo to nie działa.

Czy więc europejski biznes nie ma szans na współpracę z Armenią?

- Jeśli chodzi o związki kapitałowe Armenii z Unią Europejską, to ostatnim aktem tej współpracy jest podpisanie układu o ułatwieniach przy inwestowaniu w Armenii. Jak na razie za wcześnie jednak mówić o jakichkolwiek efektach tego porozumienia. Zostało ono jednak wypromowane w armeńskich mediach, jako przykład tego, iż związki z Rosją nie oznaczają zerwania kontaktów z Unią Europejską. Przy czym w armeńskich mediach komentarze o tym porozumieniu szły w tym kierunku, iż jest to szansa dla wykorzystania na miejscu taniej, armeńskiej siły roboczej w nowych (potencjalnie) zakładach przetwórczych, które Europejczycy mieliby ewentualnie stawiać w Armenii. Drugim kierunkiem mającym związek z porozumieniem miałoby być wykorzystywanie przez firmy z Europy wysoko kwalifikowanych tutejszych informatyków i programistów.

Nawet jednak te tylko potencjalne szanse współpracy z Europą podlegają (już przy konkretnych projektach) zatwierdzeniu specjalnego organu ponadnarodowego Unii Euroazjatyckiej. To oznacza, iż wszystko ma być i tak ocenione w Moskwie. Bo taka jest zasada działania tego ugrupowania.

Trwają już starania, by cała polityka celna w praktyce przeszła na rosyjskie standardy prawne oraz stawki. Jednocześnie jednak formalnie prawo armeńskie bardzo sprzyja inwestorom zagranicznym. Także tym europejskim. Ustawa o inwestycjach zagranicznych chroni inwestorów zagranicznych przed nacjonalizacją lub wywłaszczeniem. Zagraniczni inwestorzy mają prawo do rekompensaty za szkody i utracone zyski, wynikające z bezprawnych działań organów państwowych.  W przypadku jakichkolwiek zmian w przepisach dotyczących inwestorów zagranicznych, mogą oni stosować prawo obowiązujące w momencie dokonywania inwestycji przez pięć lat od daty jej zawarcia.

Armenia jest sygnatariuszem Międzynarodowej Konwencji w sprawie sporów inwestycyjnych, która umożliwia rozstrzyganie konfliktów przez Międzynarodowe Centrum Rozstrzygania Sporów Inwestycyjnych (ICSID). Zgodnie z obowiązującym prawem nie istnieją żadne ograniczenia w przekazywaniu pieniędzy, kapitału, zysków, dywidend, odsetek za granicę. Zagraniczni inwestorzy i pracownicy mają zagwarantowane prawo do swobodnej repatriacji ich własności, zysków lub innych aktywów wynikających z inwestycji za granicę, po uiszczeniu wszystkich należnych podatków. Dozwolone jest prowadzenie rachunków walutowych.

Klimat inwestycyjny to nie tylko kwestia prawa. To też polityka.

- Jak na razie ryzyka polityczne dla europejskiego biznesu są chyba w Armenii zbyt wielkie. Stąd w Erywaniu nikt nie spodziewa się jakiejś ofensywy inwestycyjnej z Europy. Teoretycznie w tej sytuacji można by oczekiwać zwiększonych inwestycji rosyjskich. Tyle, że w Rosji brakuje fizycznie środków do inwestycji. Unia Europejska jako całość jest natomiast największym partnerem handlowym dla Armenii. Także polskie towary są tu powszechnie dostępne. Szczególnie materiały budowlane. 

Armenia graniczy z Iranem. Czy nie pomaga to w rozwoju stosunków handlowych i inwestycyjnych z tym państwem.

- Przez Erywań Persowie próbują przyspieszać swoje plany złagodzenia skutków sankcji ekonomicznych nałożonych wcześniej przez Zachód. Iran eksportował gaz do Armenii na potrzeby wytworzenia energii elektrycznej w jednej elektrowni. Potem cała ta energia była reeksportowana do Iranu. Strona irańska chciałaby jednak zdecydowanie zwiększyć eksport gazu na Kaukaz. Teoretycznie surowiec miałaby kupować Gruzja, on by jednak zostawał w Armenii. Gruzja odbierałaby sobie odpowiednią ilość gazu z części transportowanej z Rosji przez Gruzję do Armenii. Rosja się jednak temu kategorycznie sprzeciwia. To by bowiem pozwalało, choćby w minimalnym zakresie  i tylko potencjalnie, uniezależnić Armenię od rosyjskiego gazu. Jakiekolwiek umowy z Iranem oznaczałyby wpuszczenie niegazpromowskiego gazu do sieci należących do Gazpromu. Byłby to znaczący precedens.

Nota bene te potencjalnie zwiększone dostawy gazu z Iranu oznaczałyby powiększenie przepustowości armeńskich magistrali. Strona irańska była gotowa przekazywać w ten sposób nawet do 500 milionów metrów sześciennych rocznie. Sceptycznie do tego pomysłu podeszli jednak także Gruzini. Tego rodzaju handel musiałby oznaczać dla nich jakieś nowe porozumienie z Gazpromem, czego w Tbilisi woleliby uniknąć. Trzeba też założyć, iż taki kierunek eksportu irańskiego gazu to tylko fragment planów perskich wyjścia przez Gruzję do Europy. Nie może to być przyjemne dla Gazpromu. Choć z drugiej strony magistrale gazowe w Iranie w większości również należą do spółek powiązanych z Gazpromem. Ponadto Iran jest sojusznikiem Rosji w  Syrii. To jeszcze bardziej gmatwa całą sytuację.

A gdy tylko wyszły na jaw spekulacje o dostawach irańskiego gazu, momentalnie nadeszły informacje z Baku, gdzie tamtejszy państwowy koncern, SOCAR zakomunikował, że jest gotów bezproblemowo podnieść ilości gazu azerskiego eksportowanego do Gruzji. 

Persom zależy na jak największych kontaktach biznesowych także z Turcją. Chcieliby więc w jakiejś przyszłości wykorzystać połączenie kolejowe Armenii z Turcją. 

- Jak na razie trzeba to traktować w kategoriach marzenia. Od wojny o Górski Karabach  na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, szlak ten kończy się przed granicą. Do Turcji tędy żadne pociągi nie jeżdżą. Od strony zaś granicy armeńsko-irańskiej połączenie kolejowe trzeba by zbudować praktycznie od nowa.

Trzeba jednak uzyskać zgodę władz rosyjskich, zawiadujących kolejami armeńskimi. A w Moskwie do takiego pomysłu odnoszą się co najmniej sceptycznie. Ponadto pogranicze irańsko-armeńskie to również bardzo trudny do budowy, górzysty teren. Łatwiej można by ten szlak przeprowadzić przez przełęcze w Nachiczewaniu. Tyle, że ten region należy przecież do skonfliktowanego z Armenią Azerbejdżanu.

Materiał wydrukowany z portalu www.wnp.pl. © Polskie Towarzystwo Wspierania Przedsiębiorczości 1997-2022