Marcin P. był słupem. Jest projekt końcowy komisji ds. Amber Gold



PAP/JS - 15 maja 2019 14:20


Po ok. 1,5 godziny zakończyło się posiedzenie komisji ds. Amber Gold, podczas którego szefowa komisji Małgorzata Wassermann (PiS) zaprezentowała projekt raportu końcowego z prac. Posłowie będą mieli dwa tygodnie na zapoznanie się z nim i kolejne dwa na zgłaszanie ewentualnych uwag.

 

Wassermann zamykając środowe powiedzenie zapowiedziała, że następne odbędzie się za "około miesiąc".

Wcześniej Wassermann przekazała pozostałym członkom komisji projekt raportu końcowego. Posłowie będą mieli - jak wskazała - dwa tygodnie na zapoznanie się z nim i kolejne dwa tygodnie na zgłaszanie ewentualnych uwag na piśmie.

Szefowa podsumowując prace komisji podkreśliła, że nim nastąpiły pierwsze przesłuchania, członkowie komisji musieli zapoznać się z materiałem dowodowym. "Był to największy materiał dowodowy jaki wpłynął w historii Sejmu. Akta główne miały 18 tys. tomów" - zaznaczyła.

Wassermann zwróciła uwagę, że od momentu powstania komisja współpracuje z prokuraturą, która prowadzi kilka postępowań dot. Amber Gold. "Od momentu zmiany w prokuraturze oraz powstania komisji śledczej, poza Marcinem i Katarzyną P. 15 dodatkowych osób ma postawione zarzuty" - podkreśliła szefowa komisji.

Zaznaczyła ponadto, że zadaniem komisji było zbadanie instytucje państwowe podlegające kontroli Sejmu. "Komisja nie miała prawa ani obowiązku badania przestępstwa popełnionego przez osoby prywatne. Co za tym idzie komisja nigdy nie poszukiwała ani złota, ani pieniędzy" - zaznaczyła Wassermann.

Przedstawiając projekt raportu komisji, Wassermann mówiła, że większość instytucji państwowych ocenianych przez komisję śledczą, w latach 2009-2012 "bardzo daleko posunęło się w niedopełnianiu swoich obowiązków".

"Skrajnie źle oceniamy przede wszystkim działalność służb specjalnych oraz policji pod przewodnictwem tutaj na samej górze pana ministra Jacka Cichockiego" - powiedziała przewodnicząca komisji śledczej.

Wassermann mówiła, że Cichocki "aby ukryć te działania zwłaszcza po stronie policji, ale również ABW (...) po pierwsze przemilczał fakt w ogóle prowadzenie tej sprawy (dot. Amber Gold) podczas debaty sejmowej 30 lipca 2012 r. A po drugie udzielił Sejmowi, a co za tym idzie opinii publicznej nieprawdziwej informacji o tym, że służby specjalne prowadziły działania w stosunku do grupy spółek Amber Gold i OLT, działania analityczne od roku 2012 roku, od marca".

Jak mówiła, ta informacja "była informacją nieprawdziwą". "Prawdziwa informacja jest taka, że służby specjalne posiadały udokumentowaną wiedzę o szykującej się przestępczej działalności OLT, czyli wejścia w linie lotnicze przez Marcina P., od sierpnia 2011 roku" - powiedziała Wassermann.

Dodała, że drugim ministerstwem, które jest oceniane przez nią i prezydium komisji "skrajnie źle" jest Ministerstwo Transportu i Budownictwa pod rządami ministra Sławomira Nowaka. Mówiła, że Urząd Lotnictwa Cywilnego podległy temu resortowi utrzymywał, a nawet rozszerzał koncesję dla spółek OLT, mimo że te spółki nie spełniały przewidzianych prawem wymagań.

Wassermann mówiła, że Nowak jako jedyny minister posiadał uprawnienia w postaci "możliwości wydawania decyzji o zamknięciu działalności przez odebranie koncesji z rygorem natychmiastowej wykonalności". "To oznacza, że pan minister Nowak mógł przeciąć tę działalność w ciągu jednego dnia" - powiedziała przewodnicząca komisji śledczej.

Ocena prokuratury "skrajnie zła"

Jak mówiła zdaniem komisji postępowania prokuratorskie dot. Amber Gold były prowadzone nieprawidłowo.

"Mimo, iż prokurator generalny Andrzej Seremet w 2012 r. wszedł w posiadanie wiedzy o wszystkich postepowaniach, jakie się toczyły dot. Amber Gold; mimo że z mównicy sejmowej zapewnił, że każde z tych postępowań będzie pod jego szczególnym nadzorem, to większość z tych postępowań została przedwcześnie umorzona bez wyjaśnienia stanu faktycznego" - powiedziała.

Wessermann oświadczyła, że ocena działań prokuratury "jest skrajnie zła". "Dwa lata w prokuraturze rejonowej (Prokuratura Rejonowa Gdańsk-Wrzeszcz-red.) nie wykonano najbardziej elementarnych i podstawowych czynności. Nie bądźmy naiwni pani prokurator (Barbara Kijanko prokurator referent prowadząca postępowanie - red.) miała swojego szefa, swoich przełożonych. To jednoznacznie świadczy o tym, że taki a nie inny sposób prowadzenia tej sprawy był w Gdańsku akceptowany" - wskazała.

Jak dodała, było to "torpedowanie postępowania, a nie postępowanie".

W jej ocenie, późniejsze decyzje sądów dyscyplinarnych w stosunku do prokuratorów prowadzących postępowania dot. Amber Gold "zawierały uzasadnienia szokujące". "Uzasadnienia mówiły m.in. że działania prokurator Barbary Kijanko nie podważyły zaufania obywateli do wymiaru sprawiedliwości" - mówiła Wassermann.

Według szefowej komisji, sprawa Amber Gold pokazała, że rozdzielenie Ministerstwa Sprawiedliwości i Prokuratury Generalnej było ogromnym błędem. "Sprawa Amber Gold pokazała, że prokuratura, za którą nie odpowiada nikt w rządzie, jest prokuraturą niezdolną do wyjaśniania najważniejszych przestępstw, niezdolną do prowadzenia trudnych postępowań, ale też absolutnie ówczesna prokuratura była niezdolna, aby wyciągnąć z tego wnioski" - powiedziała Wassermann.

Marcin P. był słupem?

"Wyrażam stanowisko, iż dla mnie po trzech latach prac komisji nie ma żadnych wątpliwości, że Marcin P. był tzw. słupem. P prowadził oficjalnie tę działalność, P. dawał sobie z tym radę, natomiast na pewno nie był osobą, która tę działalność wymyśliła i przeprowadziła" - powiedziała Wassermann przedstawiając na posiedzeniu komisji projekt raportu.

"Przed komisją stawały osoby, które twierdziły, że Marcin P. to wszystko wymyślił. Twierdzili tak głównie ci funkcjonariusze, których zadaniem było wyjaśnienie kto stoi za Marcinem P. i skąd poszły pierwsze pieniądze. Skoro tego zadania nie wypełnili, to przedstawiali stanowisko, z którego wedle nich wynikało, że on tego dokonał samodzielnie" - mówiła.

Zwróciła uwagę, że podczas przesłuchania P., gdy był on pytany, czy ktoś za nim stał "nastąpiła cisza, po czym P. odpowiedział: uchylam się od odpowiedzi na to pytanie". "Proszę państwa bez oceny, materiał dowodowy zawarty w raporcie pozwoli państwu wyrobić sobie własne stanowisko w tym zakresie" - dodała Wassermann.

Szefowa komisji mówiła też o działalności lotniczej Amber Gold. W połowie 2011 r. spółka przejęła większościowe udziały w liniach lotniczych Jet Air, następnie w niemieckich OLT Germany, a pod koniec 2011 r. w liniach Yes Airways. Powstała wtedy marka OLT Express. Linie upadłość ogłosiły pod koniec lipca 2012 r.

"Nie mam żadnych wątpliwości, że Marcin P. nie wszedł w działalność lotniczą w sposób dobrowolny" - oświadczyła w środę Wassermann. Jak tłumaczyła, według P. oraz świadków zeznających przed komisją, P. z internetu dowiedział się, że jedna ze spółek lotniczych upada.

"Napisał maila do prezesa, zaprosił go na rozmowę i w ciągu pół godziny zadeklarował, że przejmie wszystkie zobowiązania i tę spółkę. W ciągu dwóch godzin, jak to zeznają świadkowie, zadeklarował, że wpłaca 10 mln, aby pohamować wierzycieli i komornika, który na tej spółce jest" - mówiła.

"Wpłaca te pieniądze bez żadnego dokumentu, umowy, papierka, bez czegokolwiek" - dodała. Jak przypomniała Marcina P. tłumaczył taką decyzję tym, że jego marzeniem było, by zostać lotnikiem, ale żona mu nie pozwoliła. "W związku z powyższym postanowił zrealizować swoje marzenie i zakupić linie lotnicze" - powiedziała Wassermann.

Przewodnicząca komisji, odnosząc się do wątku afery Amber Gold dot. lotniczej spółki OLT, zaznaczyła, że ochrona sektora lotniczego w Polsce jest zarezerwowana dla ABW.

"Wszystkie opowieści, że oszustwo nie należy do ich (ABW -red.) działalności należy włożyć między bajki. Oni nie pozyskali tylko wiedzy o tym, że to jest piramida, tylko oni pozyskali wiedzę o wejściu gracza lotniczego na ten rynek z góry z wiedzą, że będzie wielką konkurencją dla polskich linii lotniczych. Czyli właściwość w 100 proc. ABW" - oświadczyła Wassermann.

Jej zdaniem funkcjonariusze w Gdańsku torpedowali możliwość wyjaśnienia, tego co się szykowało w związku z OLT. "I robią to w sposób absolutnie celowy" - dodała. Podkreśliła przy tym, że kierownictwo ABW kierowało każdą pojedynczą czynnością w sprawie Amber Gold.

"Funkcjonariuszom nie wolno było zrobić nic bez uzgodnienia z przełożonymi. I w tych okolicznościach dochodzi do sytuacji gdzie całe OLT - po co powstało, kto kazał w to zainwestować, co tam robił syn ówcześnie urzędującego premiera, kto go zwerbował do czego im służył - to wszystko staje się przedmiotem manipulacji" - powiedziała.

Według Wassermann do momentu kiedy rządziła PO nie podjęto próby wyjaśnienia wątku lotniczego w aferze Amber Gold. "To jest robione aktualnie i obecnie. Zresztą skutkiem tego jest kilka zarzutów dla osób w tym uczestniczących, a śledztwa wszystkie są rozwojowe" - dodała.

Szefowa komisji śledczej zaznaczyła, że według funkcjonariuszy ABW zebrany materiał dotyczący OLT był zbyt słaby, żeby zrobić z niego sprawę operacyjną. "Natomiast ten materiał w maju 2012 staje się wystarczający, żeby szef ABW powiadomił prezydenta, premiera i pięć najważniejszych osób w państwie, że szykuje się afera, która może doprowadzić do zagrożenia bezpieczeństwa państwa" - dodała.

Wassermann zaznaczyła, że minister gospodarki błyskawicznie zareagował, gdy uzyskał informacje o tym, że Marcin P. może być osobą karaną, a jego działalności może być przestępcza.

"Wykreślił go z rejestru domów składowych i to ministerstwo (gospodarki) pokazało, że jeżeli chciało się postępować w sposób zdecydowany, można to było zrobić, tam decyzje zapadały z dnia na dzień z rygorem natychmiastowej wykonalności" - mówiła Wassermann.

Dodała, że ubolewa jednak nad tym, iż minister gospodarki wysyłając informację do sądu rejestrowego, że skreśla Marcina P. ze swojego rejestru nie podał przyczyny. "Gdyby ją napisał, czyli napisał (że robi to) z uwagi na karalność tego pana, to sąd rejestrowy nie mógłby dalej nie zauważać, że ma człowieka wpisanego we wszystkich rejestrach, który jest dziewięciokrotnie karany, a co za tym idzie nie może pełnić funkcji prezesa" - wskazała Wassermann.

Jak mówiła, liczne spółki Amber Gold i OLT Marcina P. były rejestrowane w gdańskich urzędach skarbowych i sądach. Zaznaczyła, że te instytucje dostawały co chwila wnioski o rejestrację nowych spółek z "niebotycznym kapitałem zakładowym". "To są kwoty w przypadku Marcina P., które szły w miliony, Marcin P. ma rozmach, podnosi kapitał zakładowy z 1 mln na 10 mln, z 10 mln na 50 mln" - zauważyła przewodnicząca komisji.

Mówiła, że sąd dostawał wnioski o rejestracje takich spółek z jednej grupy i jednocześnie widział, że te spółki nie składają sprawozdania finansowego. "Czy to nie uzasadnia jednak pewnego zastanowienia z jakim podmiotem mamy do czynienia? Przez trzy lata żadnej reakcji" - powiedziała Wassermann.

Dodała, że "podobna sytuacja" jest w przypadku urzędu skarbowego. "Większość spółek Marcina P. to jest I Urząd Skarbowy w Gdańsku (...) ma informacje o kapitałach zakładowych, mnożących się dziesiątkach milionów złotych. I Urząd Skarbowy w Gdańsku ma informacje o zarobkach Marcina i Katarzyny P., które szły w milionach złotych, ale jednocześnie ten sam urząd skarbowy nie ma informacji o tym, aby Marcin P. składał deklaracje miesięcznie VAT-owskie, nie składa rocznych sprawozdań finansowych, nie składa CIT-u rocznego" - mówiła Wassermann.

"Czy to jest możliwe, aby naczelnik oraz urzędnicy widzieli mnożące się miliony w składnikach majątkowych, a nie reagowali na fakt, że nie wiedzą skąd one się biorą, bo on w ogóle się z urzędem nie rozlicza?" - pytała przewodnicząca komisji śledczej.

Wassermann mówiła, że drugą obok Ministerstwa Gospodarki, instytucją, która próbowała coś zrobić z firmami Marcina P. była Komisja Nadzoru Finansowego i "pewnie by ją bardzo pochwaliła", gdyby nie dwa elementy, których jej zabrakło w działania KNF.

Jak mówiła, KNF nie przeprowadziła kontroli instytucji ubezpieczeniowych oraz banków, które współpracowały z firmami Marcina P., a w tym zakresie była obszerna korespondencja.

"Materiał był tak szeroki, jeżeli chodzi o banki, że komisja (śledcza ds.) Amber Gold wysłała zawiadomienie do prokuratury, mimo iż banki nie podlegały pracy komisji. Po prostu nie mogliśmy jako funkcjonariusze publiczni przejść do porządku dziennego nad tym, co żeśmy zobaczyli i zebrali" - mówiła Wassermann.

Jak zaznaczyła, banki zaczęły wysyłać zawiadomienia o transakcjach podejrzanych dopiero, kiedy sprawą zainteresowało się ABW, czyli w maju 2012 roku.