PARTNERZY PORTALU partner portalu wnp.pl partner portalu wnp.pl
Menu

wnp.pl - portal gospodarczy

Szukaj

Konrad Szymański: każdy scenariusz dla Unii jest możliwy

wnp.pl (Piotr Stefaniak) • 07-05-2018 06:00
Konrad Szymański: każdy scenariusz dla Unii jest możliwy

Spór między przedstawicielami Komisji Europejskiej i polskiego rządu wszedł w o wiele bardziej konstruktywną fazę - uważa Konrad Szymański.

Fot. paryz.msz.gov.pl

– W perspektywie najbliższych 10 lat możliwy jest każdy scenariusz dla Unii Europejskiej. Jest możliwa jej stabilizacja i rewitalizacja wokół spraw, które wymagają wspólnych wysiłków, jak bezpieczeństwo, zewnętrzna polityka migracyjna czy handel. Jednak równie dobrze można wyobrazić sobie destabilizację polityczną, nawet założycielskich państw UE. W kilku z nich duże części społeczeństw całkiem serio podnoszą pytanie, czy w ogóle w niej pozostać – mówi w rozmowie z WNP.PL Konrad Szymański, sekretarz stanu ds. europejskich w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.

  • Spór między przedstawicielami Komisji Europejskiej i polskiego rządu wszedł w o wiele bardziej konstruktywną fazę. Jest to związane z przekonaniem, że jest on niepotrzebny i szkodzi obu stronom.
  • Dzisiaj poważnie nie można stwierdzić, co w ciągu dekady stanie się z Unią, bowiem stoi na rozdrożu.
  • W perspektywie najbliższych 10 lat realnymi mogą się okazać różne scenariusze.
  • Konrad Szymański będzie jednym z prelegentów podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.
Czy temperatura sporu między przedstawicielami Komisji Europejskiej i polskiego rządu opadła - po kilkumiesięcznym zmrożeniu?

- Osobiste zaangażowanie premiera Morawieckiego i przewodniczącego Junckera spowodowało, że spór wszedł w o wiele bardziej konstruktywną fazę. Jest to związane z przekonaniem, że jest on niepotrzebny i szkodzi obu stronom. UE ma wystarczająco wiele problemów, by poważnie podejść do ograniczania listy spraw trudnych.

To zostało bardzo dobrze przyjęte w Polsce. Premier Morawiecki zareagował na taką gotowość Brukseli do bardziej konstruktywnych rozmów z możliwie najlepszą wolą i osobiście zaangażował się w to, by poszukiwać realistycznych rozwiązań.

Jarosław Kaczyński: porozumienie z Komisją Europejską możliwe już niebawem

Co jest osią sporu? Inne rozumienie „istoty reform wymiaru sprawiedliwości w Polsce”?

- Osią sporu nie są zasady polskiej konstytucji lub traktatów unijnych, do których należy praworządność. To nasza wspólna wartość. Spór dotyczy interpretacji tej zasady w konkretnych warunkach, w związku z suwerennymi działaniami polskiego parlamentu. W naszym przekonaniu, mieszczą się one w granicach pluralizmu konstytucyjnego, który jest również zasadą traktatów europejskich.

W UE nie ma jednego modelu organizacji wymiaru sprawiedliwości. A zasada praworządności jest stosowana w postaci różnych rozwiązań ustrojowych, także w zakresie wymiaru sprawiedliwości. I to jest przedmiotem sporu.

Gdzieś w tle pojawia się pytanie, jak dalece UE może ingerować w zagadnienia organizacji wymiaru sprawiedliwości, biorąc pod uwagę, że to kompetencje państw członkowskich.

Co się więc stanie, gdy KE stwierdzi, że przygotowane przez PiS projekty: zmian w ustawach o ustroju sądów powszechnych, SN oraz TK nie spełniają jej oczekiwań? KE wobec Polski zastosuje artykuł 7.1 traktatu, może też przesądzić o skierowaniu sprawy do Trybunału Sprawiedliwości UE?

- KE sama decyduje, w jaki sposób chce zachowywać się w określonej sytuacji politycznej. Ale nie może oczekiwać od żadnego państwa członkowskiego biernego zachowania się w sytuacji, kiedy przedmiot sporu nie jest jednoznacznie zdefiniowany przez prawo unijne.

W bardzo wielu aspektach realizowanych reform mamy do czynienia z rozwiązaniami, które z powodzeniem i bez żadnych kontrowersji działają w państwach członkowskich.

Dotyczy to także takich spraw jak rola ministra sprawiedliwości wobec procedur nominacyjnych prezesów sądów powszechnych. W tym przypadku mamy do czynienia z przywróceniem instytucji, która z powodzeniem działała w momencie akcesji Polski do UE oraz przez osiem lat naszego członkostwa w UE. Nie było to przedmiotem sporu i warunkiem zmian w związku z procesem akcesji.

Komisja PE przyjęła rezolucję popierającą uruchomienie przez KE art. 7 wobec Polski

Czy to fragment większej całości, zastrzeżeń polskiego rządu wobec działania Unii? Premier Mateusz Morawiecki w expose powiedział jasno: „Celem Polski jest silna Unia Europejska”. Jednak wprowadził właśnie sporo zastrzeżeń. Na przykład to, że KE nie jest superrządem, a Parlament Europejski superparlamentem, a obie te instytucje nie są uprawnione do instruowania rządów i parlamentów narodowych. Nie różnimy się w ocenach wartości europejskich, lecz nie godzimy się np. na dyktat najsilniejszych państw?

- Problem praworządności nie jest konsekwencją dyktatu najsilniejszych państw. W tym wypadku mamy do czynienia z aktywną działalnością instytucji wspólnotowej, KE. Dylemat zaznaczony przez premiera w expose jest obecny w dyskusjach większości, jeżeli nie wszystkich, państw członkowskich.

Jedno z najbardziej fundamentalnych pytań, jakie jest stawiane, to: skąd bierze się siła Unii? Czy z centralizmu i supremacji instytucji wspólnotowych nad państwami członkowskimi, czy wręcz przeciwnie - siła Unii jest konsekwencją siły państw członkowskich i poczucia jej współwłasności przez państwa członkowskie?

Jakie jest stanowisko polskiego rządu?

- W naszym przekonaniu Unia nie ma wyboru. Musi znaleźć taki sposób działania, który pozwoli wykorzystywać siłę polityczną i gospodarczą państw członkowskich. Ta siła nie bierze się z centralizmu, lecz siły owych państw.

To wszystko dzieje się w okolicznościach rozmów o kolejnym wieloletnim budżecie UE. Od kilku już lat panuje przekonanie, że bieżąca perspektywa finansowa była ostatnią tak hojną dla Polski.

- O tym, że ta perspektywa finansowa jest ostatnią tak hojną, wiemy od 5-7 lat. Już wtedy ówczesny polski rząd mówił o tym jasno i trafnie, bo takie są czynniki obiektywne.

Polska od 1989 r. się rozwija. I dzisiaj dochodzimy do granicy współfinansowania różnych projektów i programów przez UE. Zamożność Polski w parytecie siły nabywczej wzrosła z 50 proc. średniej UE w 2004 r. do 68 proc. w 2016 r. Polska stopniowo staje się coraz bogatsza, więc rola budżetu UE w naszym rozwoju będzie stopniowo się zmniejszać.

Nie zgodzimy się natomiast na działania dyskryminacyjne i próby zrewolucjonizowania polityki spójności, która dobrze służy całej Europie i nie może być ofiarą rozgrywek politycznych.

Przypomnijmy, że sam budżet wieloletni UE też będzie mniejszy.

- Tak, gdyż z powodu brexitu nastąpi bardzo istotny odpływ środków i to będzie miało konsekwencje dla Polski.

Projekt budżetu Unii Europejskiej na lata 2021-2027 przyjęty

Czy są już znane propozycje zmiany struktury podziału nowego budżetu (bo zmieniają się priorytety polityk UE)? Przez pewien okres mówiono, że musimy więcej pieniędzy wydawać na ochronę zewnętrznych granic i pomoc dla uchodźców.

- Polska podziela przekonanie o potrzebie lepszej ochrony granicy zewnętrznej. Jeżeli UE ma spełniać oczekiwania w tej sferze, musi pokazać, że skutecznie działa. Wiele już zrobiła w tej sprawie. Dwa lata temu w ekspresowym tempie wzmocniliśmy mandat agencji Frontex, która ma siedzibę centralną w Warszawie. Z tego mandatu wywiązuje się coraz lepiej.

Jednak nie sądzę, aby Unia mogła wziąć odpowiedzialność i rozwiązać problemy związane z konfliktami społecznymi, które wynikają ze zbyt masowej i niekontrolowanej migracji w niektórych państwach członkowskich. To przekracza i zdolności, i kompetencje Unii. Nikt nie powinien też stawiać takich celów, ponieważ może się to wiązać z jeszcze większym rozczarowaniem wobec Unii.

W grze jest nadal propozycja, że te kraje, które przyjmują uchodźców, dostaną więcej pieniędzy z budżetu wieloletniego.

- Zgadzamy się na zwiększenie budżetu na zdolności mobilizacyjne, szczególnie na najbardziej trudnych granicach zewnętrznych UE, jak morska. Podzielamy przekonanie, że Unia może tu robić więcej. Jednak nie oznacza to, że gotowi jesteśmy łatwo zgodzić się na koncepcję, aby te cele były finansowane wprost kosztem tych polityk, które są dla nas kluczowe, takie jak polityka rolna i spójności.

Pamiętajmy, że wieloletnie ramy finansowe muszą być przyjęte przy pełnej zgodzie wszystkich państw członkowskich. Nasze interesy i wszystkich wokół stołu muszą zatem być spełnione w rozsądny sposób.

Komisja Europejska i w ogóle Unia to struktury, gdzie ścierają się poglądy – także w drodze swoistego lobbingu. Czy przykładem może być tu obecność Polski w Trójkącie Weimarskim (TW), którego jednak działalność zamarła? Próbujemy „zastąpić” ową aktywność lobbingiem w Grupie Wyszehradzkiej, też zresztą przeżywającej kryzys…

- Grupa Wyszehradzka jest w UE najlepiej zorganizowaną grupą regionalną. A Unia to przestrzeń permanentnego ucierania poglądów, co jest jej zaletą. W ich efekcie państwa członkowskie uzyskują swoistą wartość dodaną w takich sprawach, jak rynek wspólnotowy, unia celna, polityka handlowa, rozwoju czy bezpieczeństwo zewnętrzne. Dlatego, że mogą występować razem wobec krajów trzecich. To olbrzymi zasób siły politycznej UE - i tu jest ważna rola instytucji wspólnotowych.

Wewnątrz Unii natomiast państwa członkowskie współpracują, by maksymalizować swój wpływ. Myślę, że żadne państwo - a już na pewno Polska - nie może sprowadzać swego funkcjonowania tylko do jednej, a nawet kilku stolic.

Dlatego oponowałbym w sprowadzaniu polskiej polityki gospodarczej i unijnej do jakiegokolwiek formatu europejskiego.

Jednak trudno zaprzeczać, że spotkania Trójkąta Weimarskiego mogą mieć większe przełożenie na podejmowanie decyzji, na których zależy stronie polskiej, niż rozmowy w gronie czterech państw Europy Środkowej. Panuje przekonanie, że popsucie relacji w TW to polska wina...

- Trójkąt Weimarski nie był efektywną formułą współpracy od długiego czasu. Dziś na roboczym poziomie są prowadzone rozmowy, natomiast na poziomie wysokim zostały zawieszone - ze względu na postawę Francji, nie Polski.

Grupa Wyszehradzka pozostaje zaś ważnym zgrupowaniem regionalnym - ale nie jedynym. Ten region zaczyna się w Tallinie i kończy na Bałkanach. Nie należy go postrzegać ani jako alternatywy dla TW, ani jako jedynego punktu odniesienia dla polityki polskiej w UE, gdyż w większości istotnych spraw nasza mapa interesów wiąże Warszawę z wieloma innymi stolicami.

Andrzej Duda i Angela Merkel: Warto podjąć próbę zdynamizowania Trójkąta Weimarskiego

Czy przydanie Traktatem Lizbońskim większej roli Parlamentowi Europejskiemu oznacza, że osłabła rola KE? A rola obu tych ciał jest mniejsza niż Rady Europejskiej – tam zapadają kluczowe decyzje i ostatecznie zestala się kształt unijnych polityk.

- Rada w ostatnim czasie ma większe znaczenie dlatego, że przed Unią jest coraz więcej trudnych pytań. Unia, wchodząc w czas wielowymiarowych kryzysów, musiała sięgnąć po najwyższy poziom legitymizacji politycznej. Dlatego posiedzenia Rady są częstsze, a jej konkluzje - szczegółowe, bo procesu politycznego w wielu obszarach nie można pozostawić rutynowym procedurom.

Między KE a PE nie ma natomiast kolizji interesów. Obie te instytucje mają czysto wspólnotowy charakter i swoją rolę do odegrania. W bardzo wielu dziedzinach - jak wspólny rynek czy polityka handlowa - rola Komisji jest absolutnie nie do przecenienia. Bez KE Unia byłaby tu po prostu słabsza.

Jednakże w tym samym czasie oczekujemy od KE możliwie daleko posuniętej kooperatywności. W szczególności w sprawach wykraczających poza jej mandat - strategicznych, zewnętrznych, bezpieczeństwa czy kryzysu. Tutaj potrzebne są wskazówki, ale i odpowiedzialność Rady Europejskiej.

We wrześniu przewodniczący KE Jean-Claude Juncker wygłosił orędzie o stanie Unii i przedstawił plany do 2025 r. Mają one szereg „warstw”. Jakie propozycje budzą najmniejsze kontrowersje w polskim rządzie?

- Unia nie ma nadal jednego planu na następne 10 lat. Stoi przed wieloma wyzwaniami i KE stara się podsuwać różne scenariusze. Oceniamy, że wystąpienie o stanie Unii było dobre, ponieważ stawiało akcent na utrzymanie jej jedności. Jest to istotne nie z powodu partykularnych interesów Polski, lecz samej Unii. UE podzielona jest słabsza. Żaden istotny europejski problem nie będzie lepiej rozwiązany, gdy Wspólnota będzie się dzieliła.

W tym sensie resentymenty i nostalgie niektórych państw członkowskich, które chętnie wracają do czasów, kiedy UE nie była tak liczna, są całkowicie błędną diagnozą. Nie podziela jej KE - i to jest bardzo pozytywny aspekt orędzia.

Czy to jasne opowiedzenie się przeciwko pomysłowi prezydenta Emmanuela Macrona, by tworzyć „równoległe struktury” w Unii?

- Niektóre wystąpienia prezydenta Macrona sugerują (i nie jest to całkowicie oderwane od francuskiego dyskursu europejskiego z ostatnich 25 lat), że Francja czułaby się wyraźnie lepiej, gdyby Europa była trwale podzielona na różne grupy państw.

To złe rozwiązanie nie tylko dla Polski - wybierzemy sobie sami miejsce, gdzie chcemy być, kiedy przyjdzie czas. Podziały to złe rozwiązanie dla Europy.

Sądzę jednak, że ta koncepcja, o której powiedział prezydent Francji, to dziś pogląd mniejszościowy. Wyrazem tego jest wystąpienie przewodniczącego Junckera, ale również ton, jaki słyszymy w wielu stolicach. Także w Berlinie.

„Wersja francuska” zakłada głębszą integrację, wejście wszystkich państw członkowskich (z wyłączeniem Danii) do strefy euro i unii bankowej, powołanie unijnego ministra gospodarki i finansów. Jakie jest tu stanowisko polskiego rządu - czy wchodzimy i kiedy do strefy euro?

- W polskiej debacie pojawia się argument, że samo członkostwo w strefie euro przynosi państwu wzrost wpływu politycznego. Nieprawda… Wystarczy przyjrzeć się mapie tej strefy i zauważyć, jak rozmaite państwa należące do niej mają różną w niej pozycję i wpływ na kluczowe decyzje. Niektóre z nich wręcz uważają, że członkostwo w strefie euro przeszkadza im w wyrażaniu aspiracji politycznych w UE.

Do wagi państwa w Unii przepustką są stabilność polityczna, brak wątpliwości co do sensu projektu europejskiego, wzrost oraz siła gospodarcza. Te cechy mają zarówno państwa należące do strefy euro, jak i nienależące do niej. Polska je posiada.

Ale jest też strona gospodarcza. Niedawno na przykład członkowie BCC przypomnieli opinię, że przyjęcie euro przyniesie niemal same korzyści.

- Koszty transakcyjne to jeden element analizy korzyści przyjęcia euro, ważny w handlu zagranicznym. Jednak stabilność polityki fiskalnej można sobie samemu zapewnić, bez konieczności odwoływania się do czynników zewnętrznych, jak rygory strefy euro. Polska jest tego dobrym przykładem.

KE przedstawiła też w ub.r. pięć scenariuszy rozwoju UE-27. I na przykład w czwartym proponuje się: „robimy mniej, ale efektywniej”; w piątym – „róbmy wspólnie, znacznie więcej”. Aczkolwiek jest też następujący wariant: „ci, którzy chcą więcej, robią więcej” - chodzi tu o Unię dwóch prędkości…

- Komisja, po pierwsze, przedstawiła dokument niemal o charakterze akademickim. Wariantowe scenariusze dobrano arbitralnie, można do nich dopisać pięć dalszych, choć modelowo ma to sens - jako inspiracja do politycznej dyskusji.

O kierunkach rozwoju Unii zadecydują państwa-strony traktatu. Także o takiej reformie, która wymaga zmiany traktatu.

Juncker tworzy grupę „robić mniej, ale efektywniej”

Kiedy to może nastąpić?

- Reformy polityczne „średniego kalibru” trwają od dwóch ostatnich lat, kiedy nakreślono program bratysławski i przyjęto deklarację rzymską. Wyznaczono w nich kierunek zmian, bez naruszenia zasad traktatowych. Ich zmiana wymaga gotowości wyraźnej grupy państw, żeby otworzyć i zakończyć konferencję międzyrządową. Otworzyć ją można w każdej chwili, lecz trzeba wiedzieć, jak ją zamknąć. Co ma być jej przedmiotem i jaka jest droga wyjścia z tego procesu...? Tymczasem doświadczenie wskazuje, że procesy europejskie i zmiany traktatów europejskich trwają coraz dłużej, w szczególności procesy ratyfikacji.

Choć więc UE zaczyna dochodzić do ściany, jeżeli chodzi o ewolucję zmian traktatowych, to głębsze reformy studzi sytuacja w wielu państwach, które mają problemy ze swoim poparciem procesów integracji. Paradoksem jest to, że rodzą się one wśród krajów założycielskich Wspólnoty.

Za którym wspomnianym przez KE scenariuszem opowiada się Polska?

- W debacie o przyszłości Unii będziemy zwracali uwagę, że jej siłą jest skala rynku, która decyduje o zdolności do regulacji i o jej sile przy globalnym stole negocjacyjnym. Podzielona Wspólnota, która ma problem z egzekucją tych kompetencji, to Unia, która się obsuwa w pozycji globalnej. UE może też robić więcej w sprawie bezpieczeństwa - ale i tu kluczowa jest skala organizacji.

Choć w wielu państwach UE doszło do dezindustrializacji, w większości z nich przemysł ma nadal istotną rolę w tworzeniu PKB. Realizacja Strategii Lizbońskiej z 2000 r. (UE miała się stać regionem konkurencyjnym i szybciej rozwijającym się niż USA) nie była sukcesem. Jak pan ocenia perspektywy dla przemysłu unijnego? Czy rozwiązania w tzw. Planie Junckera wystarczą, czy nie są zbyt skromne, a sam plan – spóźniony?

- Przykład nieudanej Strategii Lizbońskiej pokazał, jak łatwo popełnić błąd w ocenie konkurentów. Od 2000 r. świat po prostu nam „odjechał” w wielu dziedzinach i trzeba wypracować diagnozę dlaczego. UE pod pewnymi względami wyciągnęła konsekwencje, co znajduje wymiar np. w Planie Junckera - użycia instrumentów finansowych wspierających biznes czy aktywizacji pieniędzy na innowacje - ale to ćwiczenie nie jest skończone.

Z pewnością przyszłością dla Europy pozostaje przemysł innowacyjny. Polityka przemysłowa powinna być budowana w sposób ewolucyjny, zgodnie z trajektorią zmian w poszczególnych państwach członkowskich. Tymczasem z tym jest problem od zawsze - zarówno z przeregulowaniem wielu sfer, jak i z paneuropejskością regulacji, które czasami tworzy się w oderwaniu od rzeczywistości państw członkowskich.

Przemysł 4.0. Robotyzacja i automatyzacja a problemy z zatrudnieniem

Przykładami są…

- Rozwiązania w dziedzinie polityki klimatycznej i energetycznej. Instrumenty muszą być stosowane wszędzie tak samo - mimo dużych różnic w miksie energetycznym między państwami członkowskimi. I tak w UE niepotrzebnie mnożymy koszty i tłumimy potencjał niektórych przemysłów.

Jak może wyglądać UE za 10 lat? Według szwedzkiego eseisty Kjella Albina Abrahamsona, w 2034 r. do Unii będą należały niemal wszystkie kraje europejskie - włącznie z Białorusią i Szwajcarią (z wyjątkiem Turcji).

- Dzisiaj poważnie nie można stwierdzić, co w ciągu dekady stanie się z Unią. UE stoi na rozdrożu. W perspektywie najbliższych 10 lat realnymi mogą się okazać różne scenariusze. Jest możliwe stabilizowanie się Unii i rewitalizacja wokół spraw wymagających wspólnych wysiłków, jak bezpieczeństwo, migracje czy handel. Tu UE ma instrumenty do działania. Zarazem Unia musi unikać składania Europejczykom nierealistycznych obietnic - np. że zdusi bezrobocie do „iks” procent. Tutaj UE nie ma instrumentów. A takie deklaracje mogą przynieść tylko rozczarowanie samą Unią.

Unia się rozszerzy?

- Jeżeli już to bardzo powoli i nieznacząco. Będzie mogła znów się powiększyć w strategiczny sposób, jeżeli odzyska legitymizację w państwach członkowskich. Dzisiaj taki proces z całą pewnością byłby zastopowany w kilku z nich.

A scenariusz B na dekadę - ten niekorzystny?

- Można sobie wyobrazić, że konflikty pogłębiają się. Unia nie staje na wysokości zadania wobec rosnących migracji, a te wstrząsają sceną polityczną w jeszcze większej grupie państw i UE trwa już tylko siłą rozpędu.

Scenariusz prawdopodobny to…?

- Przez najbliższą dekadę Unia się nie zawali; przetrwa także jej wspólny rynek, choć znajduje się pod presją protekcjonizmu. Wciąż będziemy przy stole handlowym w świecie, lecz każdy z naszych reprezentantów i jego mandat mogą być słabsi niż obecnie.

Między scenariuszem pozytywnym a negatywnym swe miejsce zaznaczy najpoważniejsza siła polityczna UE - siła status quo. Jeśli da nam czas na realistyczną naprawę projektu europejskiego, będzie dobrze. Jeśli da złudne poczucie trwania i siły, może być różnie...

KOMENTARZE (0)

Artykuł nie posiada jeszcze komentarzy! Twój może być pierwszy. Wypowiedz się!

PARTNER SERWISU

partner serwisu

Kalkulator walutowy

  • Przelicz na:

  • Kurs z dnia:

Drodzy Użytkownicy!

W związku z odwiedzaniem naszych serwisów internetowych przetwarzamy Twój adres IP, pliki cookies i podobne dane nt. aktywności lub urządzeń użytkownika. Jeżeli dane te pozwalają zidentyfikować Twoją tożsamość, wówczas będą traktowane jako dane osobowe zgodnie z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady 2016/679 (RODO).

Administratora tych danych, cele i podstawy przetwarzania oraz inne informacje wymagane przez RODO znajdziesz w Polityce Prywatności pod tym linkiem.

Jeżeli korzystasz także z innych usług dostępnych za pośrednictwem naszych serwisów, przetwarzamy też Twoje dane osobowe podane przy zakładaniu konta, rejestracji na eventy, zamawianiu prenumeraty, newslettera, alertów oraz usług online (w tym Strefy Premium, raportów, rankingów lub licencji na przedruki).

Administratorów tych danych osobowych, cele i podstawy przetwarzania oraz inne informacje wymagane przez RODO znajdziesz również w Polityce Prywatności pod tym linkiem. Dane zbierane na potrzeby różnych usług mogą być przetwarzane w różnych celach, na różnych podstawach oraz przez różnych administratorów danych.

Pamiętaj, że w związku z przetwarzaniem danych osobowych przysługuje Ci szereg gwarancji i praw, a przede wszystkim prawo do sprzeciwu wobec przetwarzania Twoich danych. Prawa te będą przez nas bezwzględnie przestrzegane. Jeżeli więc nie zgadzasz się z naszą oceną niezbędności przetwarzania Twoich danych lub masz inne zastrzeżenia w tym zakresie, koniecznie zgłoś sprzeciw lub prześlij nam swoje zastrzeżenia pod adres odo@ptwp.pl.

Zarząd PTWP-ONLINE Sp. z o.o.